Obserwuj nas

Legia Warszawa

Czas powrotów i niechlubny rekord [Komentarz ze stadionu]

Wiecie co wydarzyło się 86 lat temu w Warszawie? Tak dokładnie, gdyby nie dzisiejsze spotkanie też bym nie wiedział. Jednak zawodnicy Legii Warszawa i Warty Poznań postanowili przypomnieć, że to właśnie goście z Poznania wtedy po raz ostatni odnieśli zwycięstwo w stolicy. Historia zatoczyła koło i podopieczni Dawida Szulczka mieli wesoły powrót do stolicy Wielkopolski. Gospodarze jasno dali sygnał, że… W rejony europejskich pucharów raczej nie powinni się wybierać w tym sezonie. Historia lubi się powtarzać.

Powrót Sokołowskiego

Po ponad 3000 dniach na ul. Łazienkowskiej 3 ponownie mogliśmy ujrzeć Patryka Sokołowskiego, który przeszedł długą, krętą drogę, aby ponownie pojawić się w domu. Szybko wskoczył do pierwszej jedenastki i nie inaczej było tym razem. Były zawodnik stanowił o sile środka pomocy wraz z Bartoszem Sliszem. Jednak przez większość czasu był zupełnie niewidoczny. Starał się szukać miejsca pomiędzy Kopczyńskim, a Luisem, ale z perspektywy trybun wyglądało to bardzo słabo. Spodziewałem się, że nieco więcej odpowiedzialności weźmie nowy nabytek Legii w meczu o przysłowiowe „sześć punktów”. Jak to mówią nadzieja matką głupich…

Sam trener Vuković na konferencji pomeczowej wspomniał, iż pierwsze 45 minut było bardzo niemrawe i bojaźliwe. Trudno jest to ukryć, kiedy tak naprawdę jedyny strzał mistrz Polski oddaje dopiero w minutę przed gwizdkiem zapraszających piłkarzy na przerwę. Ten kwadrans pomiędzy połówkami to było zbawienie dla kibiców znajdujących się przy Łazienkowskiej. Legia nie potrafiła stworzyć sobie żadnej dogodnej okazji. Rozegranie od obrony leżało i kwiczało, co pokazuje poniższy fragment.

I nie zrozumcie, źle ale to nie była wina obrońców, a pomocników i napastników, którzy grali na popularnego „stojanova”. Muci miał wejść w buty zawieszonego za żółte kartki Josue. Być może i wszedł, ale nie było tego kompletnie widać na boisku. Łukasz Trałka po profesorku wyeliminował go z gry. Albańczyk zupełnie nie schodził do środka do pomocy, ani nie starał się szukać miejsca w pół przestrzeniach na wysokości 16 metra. Trzymał się sztywno swojej pozycji, co w zupełności ułatwiało krycie oraz odbiór piłki przez zawodników gości.

Powrót Kopczyńskiego i Szczepańskiego

Powrót byłego zawodnika Piasta Gliwice to nie jedyny powrót jaki mogliśmy ujrzeć. Ponownie na Łazienkowskiej mogliśmy ujrzeć Michała Kopczyńskiego oraz Miłosza Szczepańskiego. Ten pierwszy zdecydowanie lepiej wspomina swoją przygodę z Legią Warszawa, z którą pięciokrotnie triumfował w Ekstraklasie oraz trzykrotnie wznosił ku niebiosom trofeum pucharu Polski. Miłosz nie miał okazji zadebiutować w pierwszym zespole  w rozgrywkach Ekstraklasy. Jednak to właśnie Michała można uznać za cichego bohatera niedzielnego spotkania.

Przy Sliszu oraz Sokołowskim Kopczyński wyglądał jak profesor. Świetnie swoim przesuwaniem zmuszał całą formację do uzupełniania powstałych luk oraz przecinania linii podań przeciwnika. To przykre, gdy Twój były pomocnik, którego nie ma w klubie od czterech lat jest lepszy niż obecni zawodnicy. Jednak nie ma co ukrywać… Warto nie grała jakiegoś wielkiego Joga Bonito, to był prosty futbol oparty na trzymaniu formacji oraz wykorzystywaniu błędów rywala. I ten jeden błąd wykorzystał Szymonowicz, który znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Trochę poleciało klasykiem…

O pomstę do nieba woła zachowanie Johanssona z chwili przed utratą bramki. Sfrustrowany Szwed, widząc iż koledzy nie radzą sobie z wybiciem futbolówki poza pole karne. Postanowił sam z całej siły uderzyć piłką w nadbiegającego Zrelaka, który później wyłożył piłkarską patelnię Szymonowiczowi. Nawet grając na flipperach w warszawskich kasynach nie ujrzycie takiego przypadku, jak w polu karnym Legii Warszawa. Zrelak mógł dobić mistrza Polski, lecz postanowił, że nie trafi z jedenastu metrów w prostokąt 5mx2m.

Powrót „starej” Legii i historyczny wynik

To był jeden z najgorszych meczów Legii Warszawa w tym sezonie, a było ich wiele… Kompletny brak kreacji w konstruowaniu ataku pozycyjnego. Brakowało zawodnika, który zawsze będzie pod grą. Dopełnieniem całego „spektaklu” był as kier wyciągnięty przez sędziego Kuźmę w stronę Artura Boruca. Kapitan gospodarzy bezpardonowo potraktował Szymonowicza i trzeba przyznać słusznie otrzymał karę indywidualną. Problem w tym, iż moim zdaniem na jednym meczu zawieszenia w tym przypadku się nie skończy… Sam trener Vuković na konferencji pomeczowej uznał, że nie można dopuszczać to takich sytuacji, ponieważ one tylko osłabiają drużynę:

– Nie można było dopuścić do takiego zachowania. To na pewno nie pomaga drużynie, a dodatkowo ją osłabia. Takie rzeczy tez jednak się zdarzają. Są one częścią meczów piłkarskich. Niestety, dzisiaj przydarzyło się to nam. Artur wie, że takie zachowanie do niczego nie prowadzi. Była to niegroźna sytuacja. Nie chcę więcej tego komentować. Nie możemy dopuszczać do takich sytuacji. Gramy teraz o utrzymanie w lidze. Wszystkie zespoły z dolnych rejonów tabeli będą walczyły i grały o życie. Musimy być świadomi swojej sytuacji, a nie ją sobie utrudniać. Sytuacja przy pierwszej bramce była również podobnym prezentem. Popełniliśmy ich zbyt dużo, co nie pozwoliło nam na wywalczenie trzech punktów. – powiedział po meczu z Wartą Poznań trener Aleksandar Vuković.

***

Ten mecz pokazał, że Legia jest w rozsypce kadrowej. Na ten moment kreowanie akcji bez Josue nie ma najmniejszego sensu. Bez Portugalczyka gra ofensywna Legii zupełnie nie istniała. Pekhart dostał jedną piłkę z głębi pola od Bartosza Ciepieli, który na boisku w drugiej połowie starał się „rozruszać towarzystwo”. Jednak powróciły demony z jesieni. Legia kompletnie nie potrafiła sobie stworzyć żadnej klarownej okazji do pokonania Adriana Lisa. Nie miał kto przyspieszyć gry w okolicach 16-20 metra przed bramką. To wszystko było rozgrywane w jednostajnym tempie. Jak już futbolówka znalazła się w bocznym sektorze, to próba dośrodkowania zazwyczaj kończyła się na pierwszym obrońcy Warty Poznań.

W meczu o „sześć punktów” po prostu nie można tak grać. Warta zrobiła absolutne minimum, aby zdobyć pierwszy raz od 86 lat trzy oczka w Warszawie. Nie prezentowali jakiegoś cudownego futbolu, a jednak zdołali wygrać. Przed Legią spotkania z Termaliką oraz Wisłą Kraków. Dwa zespoły, które również znajdują się w dolnej części tabeli. Te mecze Legia musi wygrać, jeśli nie chce drżeć do ostatniej kolejki o swój ligowy byt. Patrząc na obecną formę i terminarz, końcówka marca i praktycznie cały kwiecień to walka z jednymi z najlepszych zespołów w Polsce. Dlatego tak ważne jest, aby punktować na samym początku z teoretycznie słabszymi rywalami. Teoretycznie, bo Legia Warszawa właśnie wyśrubowała nowy rekord przegranych spotkań w całej historii klubu… Aktualnie licznik zatrzymał się na czternastu przegranych spotkaniach w sezonie 2021/2022.

 

 

Runjaic czy Vuković?

Ostatnio Maciej Wąsowski z Weszło! podał informację, iż na polu bitwy o posadę trenera Legii Warszawa pozostało już tylko dwóch rycerzy – Kosta Runjaic oraz Aleksandar Vuković. Postanowiłem przeprowadzić ankietę wśród kibiców mistrza Polski i zadać pytanie „Kto ich zdaniem będzie lepszym wyborem na trenera Legii w sezonie 2022/2023?”. Wyniki przedstawiam poniżej:

Oczywiście wszystkie karty w ręku trzyma prezes Pogoni Szczecin, który najpewniej zaproponuje Runjaiciowi nowy kontrakt (obecny wygasa w czerwcu 2022 roku). Jednak mam nadzieję, że dyrektor sportowy Jacek Zieliński ma swoim notesie więcej nazwisk trenerów, którzy potencjalnie mogą znaleźć się w lipcu na stanowisku obecnego mistrza Polski.

 

fot. Mateusz Kostrzewa / Legia.com

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Legia Warszawa