
Heroiczna walka o utrzymanie czy marsz w górę tabeli? Dzisiaj na tapet chcę wziąć drużynę Górnika Łęczna.
Miał być spokój, była budowa
Górnik po spadku mógł spokojnie myśleć o szybkim powrocie do Ekstraklasy. Warunkiem było utrzymanie zawodników podstawowego składu. Władzom ta sztuka się nie udała. W letnim okienku transferowym lubelski klub opuściło aż 15 zawodników (nie licząc tych, którzy byli wypożyczeni). Większość z nich to piłkarze grający w poprzednim sezonie w zielono-czarnych barwach dość regularnie. W ich miejsce do Górnika przyszło 13 nowych. Tak więc, choć władze Górnika zarzekały się, że nie chcą rewolucji w drużynie, to miała ona jednak miejsce. Ponownie uwidoczniła się niekompetencja osób odpowiedzialnych w Łęcznej za transfery.
Przypomniały się czasy, gdy Duma Lubelszczyzny poprzednio spadała z Ekstraklasy. Wtedy, przez fatalną sytuację finansową klubu, z drużyny odeszła większość zawodników, a na ich miejsce sprowadzono pierwszych lepszych wolnych piłkarzy. Efekt był opłakany, ponieważ Górnik spadł wtedy do 2. ligi. W tym sezonie nikt nie przewidywał takiego scenariusza. W końcu trener Marcin Prasoł miał cały okres przygotowawczy, żeby przygotować drużynę do walki o ligowe punkty. Chociaż szczerze to mu współczuje. Pierwsze sparingi musiał grać połową zawodników z czwarto-ligowych rezerw. Dopiero stopniowo do Górnika przychodzili kolejni nowi zawodnicy. Ciężko było wypracować styl jakim ma grać drużyna, gdy nie wiesz kto będzie w tej drużynie grał.
Transfery – raczej dobre
Na papierze transfery, jak na pierwszą ligę, były niezłe. Egzon Kryeziu, Karol Podliński, Damian Zbozień, Hubert Sobol i Szymon Lewkot w poprzednim sezonie grali, więcej lub mniej, w Ekstraklasie. Tyle tylko, że Sobol i Lewkot przyszli tuż przed końcem okienka transferowego, a Podliński dopiero niedawno wyleczył kontuzje. Łukasz Grzeszczyk i Marcin Biernat to zawodnicy z pierwszoligowym doświadczeniem, więc również wydawali się wzmocnieniem. Poza tym przyszło dwóch młodych graczy z rezerw Legii oraz dwóch obcokrajowców. Wiktor Łychowydko grający wcześniej w IV lidze mazowieckiej oraz Souleymane Cisse grający w niższych ligach francuskich. Co ciekawe Cisse grał już kiedyś na polskich boiskach. Senegalczyk wystąpił z reprezentacją młodzieżową na Mistrzostwach Świata u20 rozgrywanych w naszym kraju. Do Górnika przyszli jeszcze Jakub Czelej i Grzegorz Gulczyński, ale po ogłoszeniu transferów słuch o nich zaginął. Ani nie grają w rezerwach, ani nie łapią się na ławkę w pierwszej drużynie.
Początkowy falstart
Początek sezonu w wykonaniu Zielono-Czarnych, nie ma co ukrywać, był fatalny. Pierwsze trzy mecze, tylko jeden punkt, choć Górnik grał z Puszczą Niepołomice, Sandecją Nowy Sącz i Stalą Rzeszów. Podopieczni Marcina Prasoła we wszystkich tych spotkaniach stracili gola w pierwszych dziesięciu minutach, choć nie grali z kandydatami. Składne akcje można było policzyć na palcach jednej ręki.
Drużyna nie była jeszcze zgrana, a trener chyba sam nie wiedział jakim stylem chce grać. Potem Górnik zaliczył dwa remisy (z Resovią i Ruchem Chorzów). Aż wreszcie do Łęcznej przyjechał murowany kandydat do awansu – Arka Gdynia. Raczej nikt nie wierzył, że słabo spisujący się wcześniej zespół z Łęcznej sprawi niespodziankę. Jednak na początku triumf Górnika mógł wydawać się realny. Duma Lubelszczyzny pierwsza strzeliła gola w 16. minucie, ale Arkowcy zdołali wyrównać jeszcze przed przerwą. W drugiej połowie Górnik miał swoje okazje, ale to gdynianie zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść i wygrali 2:1.
Kibice klubu z Łęcznej byli coraz bardziej wkurzeni. Porażka z beniaminkiem z Chojnic zdenerwowała ich jeszcze bardziej. W meczu z Odrą Opole liczyło się tylko zwycięstwo. Górnicy spięli się i już po pierwszej połowie prowadzili 3:0. W drugiej co prawda łęcznianie stracili jednego gola, ale zdołali dołożyć również jeszcze jedną bramkę. Mecz zakończył się więc zwycięstwem 4:1. Maszyna miała wreszcie ruszyć.
Zmiana ustawienia
W spotkaniu z Odrą, Zielono-Czarni zagrali w ustawieniu 4-4-2, a nie 5-4-1, w którym występowali we wcześniejszych meczach. Powodem takiej zmiany był uraz Karola Podlińskiego, którego nabawił się w meczu z Chojniczanką. Wtedy trener Prasoł nie miał jeszcze do dyspozycji drugiego napastnika (Sobola sprowadzono dopiero kilka dni po meczu z Odrą). W roli dwóch snajperów zagrała para ofensywnych pomocników – Łukasz Grzeszczyk i Damian Gąska. Okazało się to zmianą na lepsze. Górnicy wreszcie zaczęli nieźle grać w piłkę, a co najważniejsze = zdobywać bramki. W trzech kolejkach rozegranych przed przerwą na reprezentacje Zielono-Czarni zdobyli sześć bramek, ale stracili siedem i zdobyli tylko dwa punkty. Podczas meczu z Łódzkim Klubem Sportowym skrzywdził nas sędzia, dyktując bardzo wątpliwy rzut karny bez obejrzenia powtórek na VAR-ze. Podopieczni Prasoła w tamtym meczu dwa razy odrabiali straty i w drugiej połowie prowadzili grę, ale i tak przegrali.
Dwa ostatnie mecze przed przerwą reprezentacyjną to spotkania z GKS-em Katowice i Bruk-Betem Termalicą Nieciecza. Oba miały podobny przebieg. W obu przypadkach Górnik prowadził po pierwszej połowie 2:0, żeby po przerwie stracić dwie bramki i ostatecznie zremisować 2:2. Podobno w życiu nic dwa razy się nie zdarza. Jak widać w piłce zdarza się. Obecnie po 11. kolejkach Duma Lubelszczyzny zajmuje 16. miejsce w tabeli z dorobkiem zaledwie ośmiu punktów. Górnicy wygrali przez ten czas tylko jedno spotkanie, pięć zremisowali i jedno przegrali.
Co dalej?
Trener nie powinien zmieniać ustawienia, ponieważ obecne przynosi więcej korzyści. Poza tym gra dwoma napastnikami obok siebie nie jest już taka popularna. Co za tym idzie gra w takim ustawieniu może sprawiać problem przeciwnikom. Marcin Prasoł powinien jak najmniej wystawiać Karola Podlińskiego (może wchodzić na max dziesięć ostatnich minut). Ten zawodnik, zwany „napastnikiem”, bardziej wygląda jakby grał w gorącego ziemniaka, a nie piłkę nożną. Podliński w ogóle nie czuje gry i ucieka od piłki. Gdy przychodził do Górnika pokładałem w nim duże nadzieje. Teraz biję się w pierś i przyznaje, że się co do niego pomyliłem. Zdecydowanie więcej minut powinien dostawać Hubert Sobol, który zawsze wchodzi z chęcią gry do przodu.
Zdecydowanie największą bolączką Górnika jest defensywa. Często defensorów musi wyręczać Maciej Gostomski. Gdyby nie jego interwencje to strach pomyśleć ile punktów miałby teraz zespół z Łęcznej. Wydaje się, że wyklarował się blok defensywny w postaci: Zbozień, Biernat, Cisse, Dziwniel. Chociaż rozegrali oni ze sobą kilka meczów, to i tak obrona jest dziurawa. Dość powiedzieć, że w każdym meczu w tym sezonie Zielono-Czarni stracili gola.
Bez poprawy gry w obronie i zaprzestania tracenia głupich goli, Dumie Lubelszczyzny może być ciężko o utrzymanie. Jednak teoretycznie istnieje też lepszy scenariusz. Górnicy przebudzą się po przerwie reprezentacyjnej i w październikowych meczach zdobędą co najmniej dziesięć punktów. Gdyby tak się stało Zielono-Czarni odbiliby się od dna, a przy dobrych wiatrach powalczyliby nawet o baraże. Kibice drużyny z Łęcznej wzięliby to w ciemno. Tym bardziej, że w Fortuna 1. lidze każdy może wygrać z każdym.
Pasjonat polskiego sportu, zwłaszcza piłkarskiej Ekstraklasy.