Obserwuj nas

Raków Częstochowa

Dwie nierówne połowy, czyli Raków-Flora 1:0

Dawid Szwarga w swoim trenerskim debiucie został rzucony na głęboką wodę. Nie dość że od razu przyszło mu grać eliminacje do Ligi Mistrzów, to jeszcze w środku okresu przygotowawczego więzadła zerwała największą gwiazdą zespołu – Ivi Lopez. Dlatego biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki jak: nowy trener, liczne kontuzje i debiut zespołu w el. LM – domowy mecz Rakowa z Florą należy ocenić na poprawny. Cóż, może nie cały, a raczej jego drugą połowę.

45 minut męczarni

Raków wszedł w mecz dość dobrze. Spokojnie rozprowadzana piłka, szukanie przestrzeni, ataki skrzydłami. Ale z minuty na minutę przewaga gospodarzy wydawała się coraz bardziej iluzoryczna, a do głosu zaczęli dochodzić Estończycy. Raków miał może więcej ataków na bramkę rywala, ale to goście spokojnie mogli strzelić dwa lub trzy gole, gdyby nie heroiczna postawa najlepszego bramkarza poprzedniego sezonu Ekstraklasy. Kovačević miał w szatni prawo swoim kolegom z zespołu solidnie przyłożyć, za prezenty jakie po 30. minucie regularnie dawali zawodnikom Flory. Tylko on zagrał do przerwy na swoim poziomie. Poprawny występ Svarnasa i może Rundicia. Reszta – piach.

Cokolwiek wydarzyło się w szatni w przerwie, na Medaliki w drugiej połowie dało się patrzyć bez zażenowania. Zmiany Sorescu za Carlosa (chyba najgorszego gracza Rakowa w pierwszej połowie) oraz Yeboaha za Nowaka, bardzo się Szwardze opłacily. Rumun dużo lepiej wyprowadzał ataki lewą flanką niż Brazylijczyk i choć można mieć do niego kilka zarzutów, pokazał tym meczem, że Marek Papszun pochopnie próbował pozbyć się go z drużyny.

Zaś John Yeboah po prostu zachwycał. Dużo mówiło się o tym, że takiego zawodnika jak Ivi Lopez po prostu nie da się zastąpić. I z pewnością to prawda. Ale jeśli istniała by pozycja na boisku „magik” to John z pewnością dobrze by sobie na niej radził. Niezwykle pracowity, wszędzie było go pełno, z przodu, w środku, a nawet zaliczył kilka ofiarnych akcji w defensywie. To jego strzał z dystansu wykreował sytuację, po której padła bramka.

Szybko zdobyty gol uspokoił czerwono-niebieskich. Zelżał morderczy pressing i ciągły napór jakiemu poddawali Estończyków po gwizdku. Od zdobycia bramki, aż do końca doliczone czasu, Raków prowadził spokojnie swoją grę. Rozgrywał od obrońców, szukał błędów u przeciwnika, atakował skrzydłami. Porażka jedynie 0:1 to najniższy wymiar kary dla Flory, która spokojnie mogła by stracić w Częstochowie 5 bramek, gdyby nie świetna postawa bramkarza Grünwalda.

Zawodnicy i szpitalnicy

Na pochwałę oprócz Sorescu i Yeboaha w drugiej połowie zasłużyli też Lederman i linia defensywy. Czuć niestety brak Papanikolaou. Środek pola nie został dziś tak zdominowany, jak zwykle z Grekiem w składzie. Na szczęście uraz ma być niepoważny. Natomiast martwi mnóstwo przerw w grze, skurczy i wymuszonych tym zmian. W ostatnim tylko meczu sygnalizowali je Kovacević, Cebula i Tudor. Doliczając drobny uraz „Papy” i kontuzje Adnana Kovacevica, która wyłączy go z gry na 6 tygodni, to dość dużo. Zwłaszcza, że był to pierwszy mecz sezonu. Wysyp nieszczęśliwych zdarzeń? Zbyt duże obciążenie w okresie przygotowawczym? Błędy sztabu medycznego? Cokolwiek to jest, oby nie towarzyszyło długo Medalikom.

Nastroje przed rewanżem

Niewielka zaliczka, ale zawsze. Pierwsza trema powinna zejść w rewanżu z zawodników Rakowa. Nie wolno zlekceważyć rywala na wyjeździe, ale też Estończycy pokazali dziś, że także nie należy ich się bardzo obawiać. Za tydzień czeka nas z pewnością sporo emocji, bo dwumecz absolutnie nie został dziś rozstrzygnięty. Ale patrząc na to jak Raków dobrze wyglądał w drugiej połowie można być dobrej myśli. Wystarczy tak samo wyjść na mecz w Tallinie od początku i awans do drugiej rundy eliminacji LM będzie pewny.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Raków Częstochowa