Obserwuj nas

Legia Warszawa

Ucieczka Legii Warszawa spod kazachskiego słońca [KOMENTARZ ZE STADIONU]

Ordabasy Szymkent. Nikt nie spodziewał się chyba po losowaniu 2. rundy eliminacji Ligi Konferencji Europy, że zespół z Kazachstanu sprawi tyle kłopotów. Już w dalekiej Azji gospodarze pierwszego spotkań pokazali, że potrafią… grać? To może za duże słowo, ale przede wszystkim należy podkreślić, że potrafili skutecznie przeszkadzać w graniu w piłkę oraz wprowadzać chaos na boisku. Chaos, który uwielbiają. W Warszawie też próbowali swoich zagrywek, jednak ostatecznie to Legia Warszawa wyszła zwycięsko z pojedynku z „egzotycznym” rywalem. Czy jest się czego obawiać w kontekście dwumeczu z Austrią Wiedeń? Z czym Legia miała największe problemy? Kto staje się koniem napędowym warszawskiego zespołu? Zapraszam na „Komentarz ze stadionu”.

Dwie strony medalu

Stara piłkarska prawda mówi, że… No nie. Tym razem zaczniemy od nieco innej strony. Konkretnie to od tych dobrych 45 minut, jakie zaprezentowała Legia Warszawa na własnym stadionie z Ordabasami Szymkent. Już po kilku minutach było widać przepaść w jakości piłkarskiej piłkarzy obu jedenastek. Gdy gospodarze swobodnie operowali futbolówką, goście głowili się, kto za kogo jest odpowiedzialny w kryciu oraz kto komu ma przekazać danego zawodnika. Od początku Legia ruszyła ostro do ataku i za sprawą Tomáša Pekharta szybko chciała objąć prowadzenie. Jednak sędzia liniowy wskazał na pozycję spaloną. Gdyby to był arbiter z Islandii lecący przysłowiowy tydzień na mecz, reakcja organizmu mogłaby być nieco inna. Jednak Czech nie załamał się i fantastycznie dograł piłkę do Pawła Wszołka, który z zimną krwią umieścił futbolówkę w siatce.

***

Gospodarze wciąż nacierali, choć goście starali się jak mogli, aby wykorzystać nawet najmniejszy błąd rywala. Taki zdarzył się Augustyniakowi, który nieco zlekceważył rywala i za krótko podał piłkę w okolicach pola karnego. Napastnik Ordabasów trafił jednak prosto w Kacpra Tobiasza. Patrząc na statystyki pierwszej połowy, Legia powinna na spokojnie „zamknąć” całe spotkanie. Bramkę numer dwa dołożył Yuri Ribeiro i wydawało się, że nic złego nie może się stać w drugiej połowie. Właściwie to sami zawodnicy z Szymkentu nie wierzyli, że są cokolwiek w stanie zrobić na głośnym stadionie przy Łazienkowskiej. Jednak drugie 45 minut to zupełnie inna strona medalu Legii Warszawa.

***

Już niemalże 10 minut po gwizdku dającym sygnał na rozpoczęcie drugiej połowy, po zamieszaniu w polu karnym Tobiasza, Ordabasy złapały kontakt. Ciężko kogokolwiek na siłę obwinić za stratę pierwszej bramki. Cała linia defensywna gospodarzy niemalże weszła do bramki golkipera Legii. Natomiast żaden z piłkarzy nie pomyślał, aby zabezpieczyć korytarz na wysokości jedenastego metra. Kazachowie złapali kontakt, poczuli krew i zaczęli grać w swoją grę. Coraz bardziej wdawali się w słowne przepychanki z zespołem Legii Warszawa, jak i zdecydowanie uwierzyli, że awans jest w ich zasięgu. Medal się odwrócił i Legia grała nieco bezpiecznej bez wielu ryzykownych akcji czy rozgrywania piłki. Goście potrafili nawet w końcówce ponownie złapać kontakt i to znów ze stałego fragmentu gry. Ewidentnie piłkarze Kosty Runjaicia muszą bardzo mocno popracować nad tym elementem przed starciami z Austrią Wiedeń.

***

Na całe szczęście, po wejściu Marca Guala gra się nieco ożywiła, a sam Hiszpan był bardzo głodny gry i kreowania dogodnych sytuacji kolegom. Były zawodnik Jagielonii Białystok zaliczył piękne podanie otwierające do Pawła Wszołka, który wyłożył piłkę do Tomáša Pekharta. Czech po poprzednich niepowodzeniach w końcu umieścił piłkę w siatce, potwierdzającym tym samym niesamowitą formę na starcie sezonu. Nie przejmuje się on zbytnio konkurencją w postaci Guala, Kramera, czy Rosołka.

Zresztą, w tym spotkaniu Pekhart nie tylko dużo dawał jakości w ofensywie. Równie mocno i dobrze pracował w defensywie, ponieważ to on swoim ruchem dawał sygnał do odbioru piłki jeszcze na połowie rywala. Gorzej było z Josue i Muçim, którzy moim zdaniem byli kilka razy mocno spóźnieni, przez co nie udało się odpowiednio wcześnie odzyskać futbolówki. To były dwa różne zespoły w czwartkowy wieczór. Jeden, który napierał, a swoją piłkarską jakością zmiażdżył przeciwników. Bolał brak skuteczności, ale z tego możemy rozgrzeszyć legionistów. Druga strona Legii Warszawa to zespół chaotyczny, zestresowany, podejmujący złe decyzje. Przede wszystkim wdający się w grę przeciwnika z Kazachstanu, który był o dwie klasy niżej, aniżeli aktualny wicemistrz Polski.

 

Koncentracja kluczem do sukcesu

– Za nami trudny mecz, ale najważniejszy jest awans do kolejnej rundy. Zrobiliśmy to. – mówił trener Legii Warszawa Kosta Runjaić po spotkaniu z Ordabasami Szymkent. No i właśnie – najważniejszy jest awans. Było wiele przeciwności, czy to na wyjeździe, czy to na własnym stadionie. Jednak koniec końców, to Legia melduje się w kolejnej fazie rozgrywek. Oczywiście to cieszy, i to nawet bardzo, bo powoli zbliżamy się do upragnionej fazy grupowej europejskich pucharów. Jednak trzeba sobie poważnie przeanalizować spotkanie z Ordabasami. Bo o ile naturalnym czynnikiem ludzkim jest niemożność koncentracji przez 90 minut, o tyle jakości piłkarskiej na tle gości z Kazachstanu nikt nam nie odmówi. W pewnym momencie miałem wrażenie, że Legia nieco zlekceważyła rywala, przez co zaczęły się pojawiać oznaki znacznej dekoncentracji.

– Spodziewaliśmy się, że ten mecz będzie bardzo trudny. Rywale to doświadczona ekipa, która gra w sposób agresywny. Ordabasy są w środku sezonu, są w dobrym rytmie. Straciliśmy zbyt proste bramki i musimy popracować nad tym, aby nie tracić podobnych goli. W drugiej połowie myślę, że rywale nabrali dużo pewności siebie, zaryzykowali. Nie utrzymaliśmy swojego rytmu. Zabrakło nam odpowiedzialności. Takie mecze jednak nie są łatwe. Najważniejszy jest awans. Teraz będziemy chcieli pokonać Austrię i awansować do fazy play-off. – powiedział po spotkaniu na konferencji pomeczowej trener Legii Warszawa Kosta Runjaić.

***

Najbardziej można żałować, że Legia nie zamknęła meczu już w pierwszych 45 minutach. Gdyby tak się stało, na drugą połowę mogliby wejść zmiennicy i dograć mecz w klimacie sparingu przedsezonowego. Zarówno w lidze, jak i w Pucharze Polski będą zdarzały się mecze ze słabszymi rywalami. Może to nie będzie aż taka przepaść jak w przypadku Ordabasów, jednak muszą zawodnicy Kosty Runjaicia muszą nauczyć się grać „swoją piłkę” do końca i przysłowiowo „kończyć spotkania”. Był moment, w którym wydawało się, że Ordabasy przejmą kontrolę nad meczem, a właściwie – że dokona tego chaos, który panował na boisku po kilku przepychankach. Zupełnie niepotrzebne był te starcia Tobiasza, Jędrzejczyka, czy Josue. To tylko napędzało gości do dalszego siana nieładu i wytrącania kluczowych zawodników Legii z rytmu meczowego.

Panie Santos, czy Pan to widzi?

Mogłoby się wydawać, że po przeprowadzonych transferach dyrektora Jacka Zielińskiego, to nowe twarze będą świecić od początku w Legii Warszawa – król strzelców PKO Ekstraklasy Marc Gual, czy chociażby pomocnik Racingu Santader Juergen Elitim. Jednak od pierwszych wojaży, to starzy dobrzy znajomi brylują w białych trykotach. Paweł Wszołek wygląda niesamowicie podczas tych kilku pierwszych spotkań. Naprawdę jego rola w Legii bardzo imponuje, a szczególnie liczby, które wykręca. Mimo tego, że jego gra nie jest efektowna, jak przystało na dzisiejszych skrzydłowych, to jak najbardziej można go zaliczyć to tych zawodników, którzy efektywnie spędzają czas na zielonej murawie. Jeśli jego forma utrzyma się do końca sierpnia, to moim zdaniem może być jednym z kandydatów do powołania przez Fernando Santosa na jesienne zgrupowanie reprezentacji Polski. Zdecydowanie MVP czwartkowego spotkania.

Z plusów, można wyróżnić również postawę Tomáša Pekharta. Czech z łatwością dochodził do sytuacji strzeleckich. Dodatkowo bardzo mocno pracował w defensywie jako pierwszy obrońca, jak i również cofał się po piłkę, pomagając w kreowaniu sytuacji. Za przykład może służyć sytuacja, w której w pierwszej połowie zanotował asystę przy trafieniu Pawła Wszołka. Wydaje się, że „wieża z Czech” nie zamierza zatrzymywać się w strzelaniu bramek i jest jak wino. Im starszy, tym lepszy, z oczywistą korzyścią dla Legii Warszawa.

Na minus – zdecydowanie gra obronna całego zespołu. Indywidualnie każdy ze stoperów, czy wahadłowych wyglądał nieźle. Jednak całościowo przy stałych fragmentach gry wyglądali na nieco zagubionych. Zbyt łatwo Ordabasy doprowadzały do groźnych sytuacji. Dodatkowo na małe minusiki według mnie zasłużyli Josue i Kun. Kapitan warszawskiego zespołu zbytnio nie wyróżniał się na tle reszty zespołu. Nie był on tym metronomem w środku pola. Natomiast Kun miał pewne przebłyski, ale współpraca z Yurim Ribeiro nie funkcjonowała jak należy.

***

Najważniejszy był awans. Legii Warszawa pomimo upałów oraz innych przeciwności losu, udało się uciec przed kazachskim słońcem. Jednak od tego momentu nie można sobie pozwolić na tak proste błędy na meczu z Ordabasami. Pomimo tego, że jakościowo Austria Wiedeń to już nie ten sam zespół, co kilkanaście lat temu, to i tak z pewnością prezentują dużo lepszy futbol niż Kazachowie. Zwłaszcza, że pierwsze spotkanie jest rozgrywane przy ul. Łazienkowskiej, a więc przydałoby się z solidną zaliczką polecieć do Wiednia, aby dopełnić formalności.

Oceny pomeczowe

Oceny w skali 1-10 (ocena wyjściowa 5)

Ławka rezerwowych:

Gual – 7

Baku, Kramer, Rosołek, Sokołowski – grali zbyt krótko

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz więcej Legia Warszawa