Obserwuj nas

Minął weekend

Kolejka niewykorzystanych szans #MinąłWeekend – 27. kolejka

Pierwsza trójka nie zawiodła, Kamil Grosicki zdobył fantastyczną bramkę, a Kamil Kiereś odszedł z Górnika Łęczna – to wszystko wydarzyło się w 27. kolejce Ekstraklasy.

Mecz kolejki

Jedni atakują, drudzy strzelają, w efekcie trzy punkty w Płocku zostają

Wisła Płock 3:2 Górnik Zabrze

Starcie dwóch drużyn, które nie muszą martwić się o utrzymanie. Zawodnicy obu drużyn mają czyste głowy, lecz to nie oznacza, że grają już o nic. Obie ekipy nadal mają szansę na zajęcie czwartego miejsca, które może dać udział w eliminacjach europejskich pucharów.

Pierwsze minuty tego spotkania były raczej wyrównane. Gdy upłynął pierwszy kwadrans dobre akcje zaczął tworzyć Górnik. W 16. minucie znakomite podanie od Bartosza Nowaka dostał Piotr Krawczyk. Napastnik Górnika stanął oko w oko z Krzysztofem Kamińskim, ale górą w tym starciu był bramkarz gospodarzy. Po chwili w jednej akcji dwa razy goście trafili w poprzeczkę. Najpierw obramowanie bramki obił Lukas Podolski, a dobijający niemalże do pustej bramki Krzysztof Kubica też trafił tylko w poprzeczkę. Po niezłym okresie gry zabrzan, wreszcie ciekawą akcję przeprowadzili gospodarze. W 30. minucie Łukasz Sekulski zakręcił Jakubem Szymańskim i uderzył zza pola karnego. Piłka odbiła się jeszcze od słupka i wpadła do bramki. Pięć minut później świetną okazję miał Filip Lesniak, jednak fatalnie skiksował. W 37. minucie było już 2:0. Lesniak znakomicie dośrodkował z rzutu wolnego, Adam Chrzanowski zgrał piłkę, a feralnie interweniujący Kubica wbił piłkę do własnej bramki.

W pierwszych dwudziestu minutach drugiej połowy Górnik miał multum sytuacji. Żadnej nie wykorzystał. Niewykorzystane sytuacje zabrzan zemściły się w 69. minucie. Dominik Furman dośrodkował z rzutu rożnego wprost na głowę Sekulskiego, a napastnik Nafciarzy zdobył swoją drugą bramkę w tym spotkaniu. Zespół z Zabrza w końcu zdołał strzelić gola w 71. minucie. Strzał Dariusza Stalmacha został zablokowany przez obrońców, ale do piłki dopadł Alasana Manneh. Gambijczyk uderzył w kierunku bramki, a piłka odbiła się od Dusana Lagatora i wpadła do siatki. W końcówce podopieczni Jana Urbana nie forsowali już tak bramki Nafciarzy i w efekcie stać ich było jeszcze tylko na jedną bramkę. W ostatniej akcji meczu fenomenalnie z powietrza uderzył Lukas Podolski. Jednak mistrz świata z 2014 roku nie cieszył się zbytnio z tego trafienia, bo wiedział, że na więcej goli zabraknie już czasu.

Być tak nieskutecznym to naprawdę sztuka. Nawet trener Urban na konferencji pomeczowej nie mógł uwierzyć, że mając tyle sytuacji jego zespół zdobył tylko dwie bramki. Wisła oddała w tym spotkaniu 5 strzałów, Górnik 23. Jednakże to Nafciarze byli skuteczniejsi.

Nudy i błąd Lisa

Warta Poznań 0:2 Raków Częstochowa

Mecz zapowiadał się na prawdę ciekawie. W końcu do nieźle radzącej sobie ostatnio Warty przyjechał wicelider z Częstochowy. Miało być ekscytująco, ale niestety nie było.

W pierwszej połowie działo się niewiele. Szczerze, to warto wspomnieć tylko o tym, że Raków zdobył bramkę. W 27. minucie Ivi Lopez dośrodkował piłkę z rzutu rożnego. Żaden piłkarz gości piłki nie sięgnął, ale fatalnie interweniujący Robert Ivanov wpakował ją do własnej bramki. Więcej przed przerwą się nie działo. W pierwszych minutach drugiej połowy nieźle grała Warta. W 48. minucie po błędzie zawodników Rakowa, piłka trafiła do Miguela Luisa. Portugalczyk zdecydował się na strzał z dystansu, ale poradził sobie z nim Kacper Trelowski. Szczerze powiedziawszy po przerwie też nie działo się zbyt wiele. Drugą bramkę Raków zdobył w 75. minucie. Ivi Lopez uderzył bardzo mocno z rzutu wolnego. Piłka skozłowała tuż przed Adrianem Lisem i wpadła do bramki. Golkiper Zielonych mógł w tej sytuacji zachować się zdecydowanie lepiej. Więcej ciekawego w tym meczu już się nie wydarzyło.

Zgodnie z planem

Górnik Łęczna 0:4 Pogoń Szczecin

Kibice Zielono-Czarnych i wiedzieli, że do Łęcznej przyjeżdża lider. Jednak pamiętali oni też, że w Łęcznej punkty stracili Lech i Raków. Lecz patrząc na postawę Górnika w ostatnich spotkaniach, każdy zdawał sobie sprawę, że nawet remis będzie gigantyczną niespodzianką.

Górnicy nie najgorzej radzili sobie przed pierwsze pięć minut. Potem było już źle albo bardzo źle. W 7. minucie Sebastian Kowalczyk uderzył minimalnie nad poprzeczką. Trzy minuty później wynik otworzył Mariusz Fornalczyk. Kamil Grosicki wgrał piłkę na przedpole, ale Kamila Drygasa uprzedził Maciej Gostomski. Jednak bramkarz nie złapał piłki, a tylko ją odbił. Do futbolówki dopadł Fornalczyk i bez większych problemów umieścił piłkę w bramce. Być może Leandro zablokowałby strzał młodzieżowca, lecz powalił go… Tomasz Midzierski. Gdy zobaczyłem, że właśnie Midzierski wyjdzie w pierwszym składzie, to przecierałem oczy ze zdumienia. Nie wiem co trener Kiereś chciał osiągnąć podejmując taką zaskakującą decyzję (zwłaszcza, że na ławce siedzieli Gerson i Kryspin Szcześniak).

Koniec tych dygresji, powróćmy do meczu. W 19. minucie było już 2:0. Kamil Grosicki, w ogóle nie atakowany przez Bartosza Rymaniaka, miał czas i miejsce żeby uderzyć. No i uderzył fantastycznie. „Grosik” nie dość, że wrzucił piłkę „za kołnierz” Gostomskiemu, to jeszcze trafił w samo okienko. Na żywo ten gol wyglądał jeszcze lepiej niż na powtórkach. W 32. minucie Grosicki powinien mieć dublet. Reprezentant Polski znalazł się w sytuacji sam na sam z Gostomskim, ale uderzył fatalnie i piłka przeleciała obok bramki. Gospodarze w pierwszej połowie pod bramką Portowców gościli bardzo rzadko. Pierwszy celny strzał oddali dopiero w 38. minucie. Na strzał z 16 metrów zdecydował się Sergij Krykun, ale był on za słaby aby zaskoczyć bramkarza Pogoni.

https://twitter.com/PogonSzczecin/status/1510343443536613383?s=20&t=21PdDKseEYrMKZugcW6jMQ

Kiereś odszedł z Górnika

Na drugą połowę Górnik wyszedł z bojowym nastawieniem i rzucił się na Pogoń. Mało brakowało, a przyniosłoby to efekt w 52. minucie. Wtedy to, do bezpańskiej piłki dopadł Jason Lokilo. Zawodnik Górnika uderzył mocno, lecz trafił tylko w poprzeczkę. Zielono-Czarni otworzyli się, przez co byli narażeni na groźne kontry Pogoni. Właśnie po takich kontrach padły kolejne dwie bramki. W 65. minucie strzał Jeana Carlosa obronił Gostomski, po chwili zablokowane zostało uderzenie Macieja Żurawskiego, ale w końcu piłkę do bramki wpakował Luka Zahović. Oglądając to co wyczyniali przy tej akcji obrońcy Dumy Lubelszczyzny przypomniały mi się pierwsze mecze tego sezonu. Defensorzy gospodarzy zachowywali się jak dzieci we mgle. Cztery minuty później było już 0:4. Bramkę zdobył Żurawski. Potem Portowcy kontrolowali przebieg spotkania. Goście mogli zdobyć więcej bramek, ale raz trafili w słupek, a innym razem obronił Gostomski.

Lider wygrał wysoko z outsiderem. Kto by się spodziewał. Górnik przegrał czwarty mecz z rzędu i jego sytuacja powoli staje się fatalna. Zielono-Czarni powinni się cieszyć, że inne drużyny walczące o utrzymanie też nie wygrywają, ponieważ drużyna z Lubelszczyzny nadal ma szansę na utrzymanie. Są to szanse nikłe, ale są. W poniedziałek z prowadzenia klubu z Łęcznej zrezygnował Kamil Kiereś. Przez prawie trzy lata pracy Kiereś zaliczył dwa awanse. Najpierw do 1. ligi, a potem do Ekstraklasy. Do czasu znalezienia nowego szkoleniowca Górnika poprowadzi dotychczasowy asystent Kieresia – Andrzej Orszulak. Najprawdopodobniej nowym trenerem Dumy Lubelszczyzny zostanie Dariusz Brede, który prowadził ostatnio Podbeskidzie Bielsko-Biała.

Legia wróciła na właściwe tory

Legia Warszawa 2:1 Lechia Gdańsk

Po zwycięstwach Legii z bezpośrednimi rywalami o utrzymanie wszyscy zadawali sobie pytanie jak Legioniści poradzą sobie na tle rywali z czołówki. Przed przerwą reprezentacyjną warszawianie zremisowali w Częstochowie. Teraz u siebie podejmowali Lechię.

Gospodarze od początku kontrolowali wydarzenia boiskowe i kwestią czasu był gol. Legioniści wynik otworzyli w 29. minucie. Mateusz Wieteska posłał długie podanie w kierunku Pawła Wszołka. Skrzydłowy wygrał walkę o piłkę z Mario Malocą i strzałem po ziemi umieścił piłkę w bramce. Trzy minuty później szansę na gola miał Josue, lecz piłka po jego strzale zatrzymała się na słupku. W 37. minucie powinno być 2:0. Piłka trafiła do Tomasa Pekharta, który musiał skierować piłkę do niemalże pustej bramki. Jednak w ostatniej chwili, w niebywały sposób, uderzenie Czecha wybił Dusan Kuciak.

Za późno się obudzili

Po przerwie wydawało się, że Lechia wreszcie chociaż spróbuje zaatakować. Goście grali lepiej niż w pierwszej połowie, ale nie przekładało się to na akcje bramkowe. Za to taką akcję w 65. minucie zdołała przeprowadzić Legia. Wszołek dostrzegł kompletnie niepilnowanego Pekharta, a napastnik dopełnił formalności i podwyższył prowadzenie Legii. Lechia przebudziła się dopiero w ostatnim kwadransie. Ataki podopiecznych Tomasza Kaczmarka mogły przynieść efekt w 80. minucie. Jarosław Kubicki świetnie podał do Macieja Gajosa. Rezerwowy w tym meczu Gajos, znalazł się w bardzo dobrej sytuacji, ale piłka po jego strzale przeleciała tuż obok słupka. W końcu gdańszczanie zdołali zdobyć bramkę kontaktową. Miało to miejsce w 83. minucie. Po niemałym podbramkowym zamieszaniu piłka trafiła do Łukasza Zwolińskiego, który strzelił gola z najbliższej odległości. Przy odrobinie szczęścia Lechia mogła nawet wyrównać. Lecz w doliczonym czasie gry Gajos trafił tylko w poprzeczkę i trzy punkty zostały w Warszawie.

Legia nie walczy już o utrzymanie, Legia walczy o europejskie puchary. Mało tego, że Legia ma obecnie realne szanse na zdobycie Pucharu Polski, to w lidze może zająć czwarte miejsce mogące dać udział w eliminacjach europejskich pucharów.

Więcej o tym spotkaniu możecie przeczytać w artykule Krzysztofa Dąbrowskiego. [TUTAJ]

Gual zwycięstwo dał

Jagiellonia Białystok 2:1 Zagłębie Lubin

Mecz arcyważny w kontekście walki o utrzymanie obu drużyn. Jaga przed tą kolejką zajmowała 14. miejsce, Zagłębie 15. Zwycięstwo dla jednych bądź drugich oznaczało oddalenie się od strefy spadkowej.

Przez pierwsze dwadzieścia minut na boisku działo się na prawdę niewiele. W 21. minucie ładną akcję indywidualną przeprowadził Marc Gual. Napastnik, sprowadzony niedawno do Jagiellonii, wpadł w pole karne Zagłębia i minął dwóch zawodników gości. Jednak jego strzał pozostawiał dużo do życzenia. Potem ponownie działo się bardzo mało. Na niezłą sytuację gości trzeba było czekać do 42. minuty. Łukasz Łakomy zagrał do Cheikhou Dienga. Senegalczyk mógł uderzać, ale zbyt długo układał sobie piłkę do strzału i obrońcy Jagiellonii wybili piłkę. Przed przerwą na boisku wiało nudą.

Po przerwie wreszcie coś się działo

Drugą połowę fatalnie rozpoczęła Jagiellonia. Trzy minuty po wznowieniu gry Zlatan Alomerović pomylił się przy wyprowadzaniu piłki i podał ją idealnie pod nogi Patryka Szysza. Napastnik Miedziowych wykorzystał błąd bramkarza i strzelił swojego dziewiątego gola w tym sezonie. Po zdobyciu bramki Zagłębie chciało pójść za ciosem. W 56. minucie Patryk Szysz do gola mógł dołożyć asystę. Wydawało się, że podanie snajpera będzie niecelne, ale żaden z obrońców Jagiellonii nie wybił piłki i ta trafiła pod nogi Carlosa Daniela. Lecz Daniel nie trafił nawet w bramkę.

W 64. minucie Jagiellonia miała szansę na wyrównanie. Miedziowi w prosty sposób stracili piłkę przed własnym polem karnym. Futbolówkę przejął Karol Struski i uderzył soczyście przy bliższym słupku. Jednakże jego uderzenie obronił Kacper Bieszczad. W 79. minucie Mateusz Bartolewski dostał drugą żółtą kartkę i Miedziowi kończyli mecz w dziesięciu. Jaga grając w przewadze zepchnęła Zagłębie do obrony. Ataki gospodarzy przyniosły efekt w 86. minucie. W podbramkowym zamieszaniu najlepiej odnalazł się Andrzej Trubeha, który umieścił piłkę w siatce. Wydawało się, że mecz zakończy się remisem, ale wtedy błysną Marc Gual. Snajper dostał piłkę na wysokości pola karnego, wbiegł z futbolówką w „szesnastkę” i, kompletnie nieatakowany, przymierzył idealnie przy słupku.

Zimowe przywitanie kwietnia

Stal Mielec 1:2 Cracovia

Jako pierwsi po reprezentacyjnej przerwie na boisko wybiegli sąsiadujący ze sobą w ligowej tabeli piłkarze Stali i Cracovii. Znajdują się takiej strefie, że ryzyko spadku i szansa na grę w europejskich pucharach nie jest duża. W ostatnich kolejkach obie ekipy radziły sobie dosyć słabo. Stal w poprzednich 4 meczach zgromadziła punkt, a Stal o oczko więcej. Grę w piątkowy wieczór nie ułatwiały warunki atmosferyczne. Pierwszy dzień kwietnia przywitał piłkarzy śniegiem.

Ze względu na pogodę obie ekipy bały podjąć się zbytnie ryzyko, gdyż śnieg zalegający na murawie, mógł skutkować stratą piłki i kontrą przeciwnika. Dlatego wydawało się, że dla drużyn najlepszą opcją na zdobycie bramki będą stałe fragmenty gry. Jednak Cracovia pokazała, że da się inaczej. Wszystko dzięki świetnej asyście Rivaldinho. W 11. minucie Brazylijczyk podał piłkę „krzyżakiem” do Kamila Pestki.  Polak przebiegł z piłką kilkanaście metrów i ze spokojem wykończył akcję. Cracovia kontrolowała przebieg spotkania. W 33. minucie Sergiu Hanca podwyższył wynik z rzutu karnego. Damian Primel obronił strzał Rumuna, ale futbolówka zatrzymała się przy linii bramkowej. Sergiu Hanca zdołał dobić piłkę i zapewnić dwubramkowe prowadzenie.

https://twitter.com/_Ekstraklasa_/status/1509957563957354504?s=20&t=-4prKARArVjEtZALGoCD2A

Po przerwie gra straciła na tempie. Przyjezdni dali pograć piłką Stali. Mimo to kontrolowali przebieg spotkania. Wyczekiwali, co zrobią gospodarze. Do 78. minuty wydawało się, że nic nie jest w stanie zagrozić Pasom. Wtedy to Kamil Pestka otrzymał drugą żółtą kartkę. Stal poczuła, że może jeszcze powalczyć o jakieś punkty. Gospodarze ruszyli do zdecydowanych ataków. Jednak gol kontaktowy padł dopiero w 5. minucie doliczonego czasu gry.

Cracovia zasłużenie podnosi komplet punktów z boiska. Pewnie wykorzystała swoje szanse, czego nie zdołała Stal. Pasy przerywają serię meczów bez zwycięstwa, na co mielczanie muszą jeszcze poczekać przynajmniej do następnej kolejki.

Skóraś ratuje Lecha

Śląsk Wrocław 0:1 Lech Poznań

W tym sezonie walka o mistrzostwo Polski pomiędzy trzema ekipami zapowiada się pasjonująco. Lech nie mógł sobie pozwolić na stratę punktów we Wrocławiu. Kolejorz przystępuje do ataku na pierwszą lokatę z trzeciej pozycji, którą zajmuje po rozegraniu 26 kolejek. Trener Piotr Tworek przed przerwą reprezentacyjną odniósł pierwsze zwycięstwo jako szkoleniowiec Śląska. W trakcie okienka reprezentacyjnego mógł poświęcić czas na pracę z zespołem, który nie dawno objął.

Poznaniacy utrzymywali się przy piłce, a wrocławianie skupili się na kontrolowaniu gry w defensywie. Przyjezdni mimo przewagi nie byli w stanie wypracować sobie sytuacji, które mogły zakończyć się golem dla Kolejorza.  Ostatnio Lech przeplata mecze bardzo dobre z tymi, gdy męczy się, aby sforsować obronę rywala. Podobnie było we Wrocławiu. Do przerwy goście oddali tylko jeden celny strzał przy dwóch takich uderzeniach gospodarzy.

W przerwie Maciej Skorża zdecydował się na zmiany. Zupełnie bezbarwnego w pierwszej połowie Kristoffera Velde zastąpił Michał Skóraś oraz Antonio Milicia zmienił Joel Pereira. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw strzał  Jakub Kamińskiego został zatrzymany na linii bramkowej. Ale chwilę później goście cieszyli się już z prowadzenia po golu Michała Skórasia. 22-latek skorzystał z błędu obrońcy, który minął się z piłką. Lech w drugiej połowie zagrał pewniej, co pozwoliło na stworzenie większego zagrożenia pod bramką przeciwnika. Z pewnością gol Michała Skórasia wiele pomógł. Śląsk nie mógł już tylko się bronić, ale musiał coś wymyślić w ataku. To się jednak nie udało.

Mimo początkowych problemów Lech „przepycha” mecz na swoją korzyść i inkasuje ważny komplet punktów. Wygrane Rakowa i Pogoni nie pozwoliły poznaniakom awansować, ale wciąż trzymają kontakt z nimi. Natomiast Śląsk musi oglądać się za siebie, gdyż strefa spadkowa jest tuż za ich plecami.

Rażąca nieskuteczność

Bruk-Bet Termalica Nieciecza 1:1 Radomiak Radom

Niecieczanie wciąż wierzą, że mogą się utrzymać w ekstraklasie. Tylko w kolejnych meczach muszą wykorzystywać nadarzające się okazje. Nie mogą pozwolić sobie na straty punktów, chociażby jak w ostatnim meczu na wyjeździe z Górnikiem Zabrze. W innym nastroju jest beniaminek z Radomia. Ostatnie tygodnie nie są tak spektakularne w ich wykonaniu, jak to miało miejsce jesienią, ale przewaga, jaką sobie wypracowali, pozwala spokojnie czekać na poprawę wyników.

W pierwszych minutach spotkania Radomiak trafił do bramki Pavla Pavlyuchenki. Arbiter nie uznał bramki, odgwizdując faul zawodnika gości. Po tym ostrzeżeniu niecieczanie postanowili przejąć inicjatywę. Dyspozycję Filipa Majchrowicza sprawdził m.in. Adam Radwański. Jednak żadna z sytuacji nie zakończyła się golem. Radomiak czekał na błędy rywala. Taki pojawił się w 21. minucie po rzucie rożnym. Zawodnik gospodarzy Nemanja Tekijaski wbił piłkę do własnej bramki po tym, jak ta odbiła się od jego pleców, kiedy upadał na murawę. Serb zaliczył drugi gol samobójczy w sezonie. Do przerwy nie udało się niecieczanom zmienić wyniku.

Jak oni tego nie strzelili?

Druga odsłona gry to całkowity napór Termaliki przeplatany pojedynczymi odpowiedziami Radomiaka. W 55. minucie Tomas Poznar dośrodkował w pole karne, gdzie doskonale odnalazł się Muris Mesanović. Bośniak wpakował piłkę do siatki. Niecieczanie nie zamierzali odpuszczać. Dla nich liczył się tylko komplet punktów. Nie sposób powiedzieć o wszystkich sytuacjach, które wypracowali sobie gospodarze. Radomianie w swoich interwencjach obronnych mieli sporo szczęścia, ale także  dobrze spisującego się bramkarza Filipa Majchrowicza. Czasem postawa gospodarzy przypominała tą, gdy trenerem „Słoni” był Mariusz Lewandowski. Termalika potrafi wykreować wiele sytuacji bramkowych, ale mocno razi nieskutecznością. Pod koniec spotkania czerwoną kartkę zobaczył Marcus Ayoimide, który uderzył Dawida Kocyłę w twarz.

Gospodarze zdobywają punkt, który wciąż nie poprawia ich sytuacji w ligowej tabeli. Aby mogli się utrzymać, niecieczanie potrzebują zwycięstw. Przy tak fatalnej skuteczności może być to bardzo trudne. Natomiast Radomiak notuje 3 remis z rzędu i wciąż liczy się w walce o 4. miejsce.

Punkt to za mało

Wisła Kraków 2:2 Piast Gliwice

Biała Gwiazda nie potrafi wygrać w lidze od 17 grudnia, kiedy to na własnym stadionie pokonała Termalikę. Dla Białej Gwiazdy przerwa reprezentacyjna przyszła w porę. Dlatego, że mogli oni spokojnie popracować i przygotować się do decydujących meczów o ich utrzymaniu. W innej sytuacji są gliwiczanie, którym ta przerwa nie była w ogóle potrzebna. Na ostatnich sześć ligowych spotkań zgromadzili 14 punktów na 18 możliwych do zdobycia.

Gospodarze weszli aktywnie w spotkanie. Byli stroną przeważającą, ale Piast był dobrze zorganizowany w obronie i liczył na kontry.  Natomiast w 8. minucie pierwszy strzał na bramkę gospodarzy oddał Kamil Wilczek, ale dobrze interweniował Mikołaj Biegański. Następnie swoich szans próbował m.in. Damian Kądzior. Następnie żadna z ekip nie potrafiła zaakcentować wyraźnej przewagi, aż do 28. minuty, kiedy to Michal Frydrych uderzył po rzucie rożnym w poprzeczkę. W 31. minucie Biała Gwiazda dopięła swego. Gola zdobył Stefan Savic, który otrzymał piłkę po rykoszecie. Ale ogromne brawa należą się Elvisowi Manu, który szybkim rajdem wzdłuż linii bocznej zrobił przewagę w tej akcji. Jeszcze do przerwy Elvis Manu obił obramowanie bramki gości dwa razy i jedno takie uderzenie dołożył Zdenek Ondrasek. Pierwsza połowa była dość intensywna. Wiślanie prezentowali się zdecydowanie lepiej od przyjezdnych. Gdyby gospodarze byli skuteczniejsi, to mogli prowadzić przynajmniej dwiema bramkami.

Niewykorzystane sytuacje się mszczął

To zemściło się na początku w drugiej połowy. Mikołaj Biegański nie zdążył w polu karnym wygarnąć w porę piłki i sfaulował zawodnika Piasta. W konsekwencji Kamil Wilczek pewnie wykorzystał rzut karny. Piast poczuł krew. Zaczęli odważnie napierać na bramkę rywala i w 61. minucie ponownie trafił Kamil Wilczek. Tym razem po uderzeniu piłki głową. Potem Piast cofnął się do obrony. W  71. minucie po rzucie wolnym gospodarze zaskoczyli przyjezdnych. Frantisek Plach wybił piłkę wprost pod nogi Dora Hugiego, który wpakował piłkę do siatki.  Obie ekipy otwarcie walczyły o zwycięstwo, ale do końca spotkania bramek już nie zobaczyliśmy.

Wisła ma czego żałować. Mogli zamknąć mecz na własną korzyść już w pierwszej połowie, ale tego nie zrobili. Piast mądrze to wykorzystał i wywozi punkt z Krakowa. Biała Gwiazda do bezpiecznego miejsca dającego utrzymanie traci 5 punktów. Tyle samo traci Piast, ale do 4 miejsca.

Następna kolejka

GospodarzeGoście
Lech PoznańZagłębie Lubin
Piast GliwiceRadomiak Radom
Legia WarszawaCracovia
Górnik ŁęcznaJagiellonia Białystok
Śląsk WrocławGórnik Zabrze
Wisła PłockStal Mielec
Wisła KrakówWarta Poznań
Pogoń SzczecinBruk-Bet Termalica Nieciecza
Raków CzęstochowaLechia Gdańsk

Mecz kolejki: Lech Poznań – Legia Warszawa

Autorzy: 

Mateusz Bartoszek

Mateusz Adamczyk

Pasjonat polskiego sportu, zwłaszcza piłkarskiej Ekstraklasy.

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Minął weekend