
Gdy pisałem te słowa, nie zakończyła się nawet pierwsza połowa meczu, a od gry Polaków bolały oczy. Znowu dałem się oszukać tej kadrze, znów wierzyłem i coraz bardziej staję się reprezentacyjnym ateistą.
Nie wierz nigdy… piłkarzom
Dobrą radę Ci dam, nic gorszego na świecie, nie przydarza się nam. Parafrazując słowa piosenki Jana Borysewicza, można oddać to co czuję ja i tysiące polskich kibiców. Oni znowu to zrobili, znowu nas nabrali. Wszyscy wierzyliśmy, że przyjdzie selekcjoner, który zrobił z Portugalii mistrza Europy, wymieni część piłkarzy i będzie dobrze. Uwierzyliśmy w drużynę, ale tej drużyny nie ma, a selekcjoner, wydaje się, nie panuje nad tym. Dożyłem chwili, gdy jest mi wstyd za reprezentację narodową naszego kraju. Pardon, wstyd mi za piłkarzy w tej kadrze grających. Czy przestanę ją oglądać? Nie. Bo jestem patriotą i tak też okazuje swój patriotyzm, ale dopóki pewni gracze nie znikną z tej kadry, nie zamierzam jej kibicować.
Afera za aferą goni aferę
Jeszcze nie zagrano pierwszego meczu, a wróciło to, co utopiło Michniewicza – afera premiowa. Wywiad Skorupskiego w „Przeglądzie Sportowym” podgrzał sprawę. To co zaś zrobił Robert Lewandowski na konferencji, miało skuteczność równą użyciu bromu jako środku na potencję. Kapitan powiedział niemal wymuszone „przepraszam”. Widać było, że robi wszystko, by ponownie zamieść sprawę pod dywan. Powrót afery premiowej ukazał nam, że w kadrze padła atmosfera, ale to była tylko część wydarzeń ostatniego tygodnia. Dawid Kownacki porównujący brak powołania do ciosu w twarz. Dziennikarze i tzw. eksperci wbijający szpilki w selekcjonera i robiący z niego głupka, bo jak to tak bez Grosickiego, Krychowiaka i Glika. Gdzieś po drodze zamieszanie ze sztabem. Wszystko to sprawiło, że ten tydzień w polskiej piłce upłynął w dosyć niespokojny sposób.
Panie Lewandowski…
Od transferu do FC Barcelony zbrzydło mi oglądanie Lewandowskiego. Nie wiem czy to kwestia zmiany klubu, ale nagle Robert zaczął się zachowywać jak… Cristiano Ronaldo. I mówię tu raczej o negatywnych zachowaniach. Tuż przed meczem z Czechami głośne słowa o tym, że piłkarze nie chcieli rozmawiać z Lewandowskim wypowiedział Krzysztof Stanowski, swoje dołożył sam kapitan na konferencji. No właśnie… kapitan. Dla mnie Lewandowski z piłkarza, który latami ciągnął tę kadrę, stał się jej problemem, zawodnikiem którego mimo jego bezapelacyjnej legendy, wolałbym zobaczyć dziś na reprezentacyjnej emeryturze.
Wybitne indywidualności muszą też umieć być członkiem drużyny, Lewandowski w kadrze tego nie potrafi. Nie jest Lionelem Messim, nie jest Luką Modriciem. Przypomina coraz mocniej Ronaldo czy Neymara, którzy próbują być numerem jeden, szkodząc nieraz kolegom. Dla mnie coraz mniej zasadna jest jego pozycja kapitana, a to dużo mówi.
Nie ma atmosfery – nie ma gry
To, że w wyniku ostatnich wydarzeń atmosfera w kadrze musi być gęsta, jest pewne, ale jej brak najlepiej widać na boisku. Wszyscy pamiętamy kadrę Nawałki, w której jeden był w stanie pójść w ogień za drugiego. Teraz odnoszę wrażenie, że po boisku biega jedenastu przypadkowych gości, którym kazano wspólnie grać. Patrzę i nie wierzę, czy oni zapomnieli jak się razem gra? Nie. Więc o co chodzi? Na to pytanie odpowiadają pewne przesłanki – gdy dokładniej przyjrzeć się grze, widać że niektórzy nasi piłkarze starają się omijać pewnych kolegów z boiska. Osobiście w trakcie meczu zacząłem tęsknić za Jerzym Brzęczkiem, a przecież kadra za jego czasów była kompletnie niezorganizowana. Odnoszę też wrażenie, że nie wszyscy kadrowicze chcą współpracować z Santosem. A jeśli tak jest w rzeczywiście, to pokazuje, że ich ego wyrosło ponad skalę.
Albo zimny prysznic, albo…
Oczywiście cały czas mam nadzieję, że ten praski koszmar to jedynie zimny prysznic. Nieustannie liczę, że nasi się zepną i przejdą dalszy ciąg eliminacji suchą stopą. Jednak obawiam się, że jeśli tu nie dojdzie do pewnych pozaboiskowych działań, to możemy otrzymać największą eliminacyjną porażkę od czasów eliminacji do mundialu w RPA za Beenhakkera. Warto teraz przypomnieć, że wtedy też w naszej grupie były Czechy. Oby tym razem (między innymi dzięki kretyńskim pomysłom pana Ceferina) historia się nie powtórzyła.
Fot.: Wikimedia Commons, Jan_Polák