Dziennikarz z miasta Łodzi. Od 1995 roku piszący o polskiej piłce, a od  10 lat nieprzerwanie związany z Ekstraklasą w barwach Canal+. Pewnie nikt, tak jak on, nie wierzy w prawdziwość sentencji: ostatni będą pierwszymi. Dziś najpopularniejszy Żelek w Polsce opowiada, czym różnią się Kielce od Moskwy, dlaczego Martyna Wojciechowska ma lepszą robotę od niego, ile wynosi cena dziennikarstwa i z jakiego powodu nie będzie komentował meczów ligi NBA, mimo że nią żyje.

Przez większość życia to Ty robisz wywiady z innymi. Jak się czujesz, gdy jesteś po drugiej stronie barykady?

To jest dość niecodzienna sytuacja. Przecież wywiady z dziennikarzami nie są aż tak popularną formą. Chociaż praktyka ostatnich lat pokazuje, że są dość chętnie czytane. Przynajmniej z tymi, którzy są uważani za mających coś do powiedzenia. Cieszę się więc, że ktoś chce porozmawiać i ze mną, tym bardziej, że ja bardzo lubię rozmawiać z ludźmi.

Tutaj przypomina mi się taka historia z byłym piłkarzem Polonii Warszawa: z Danielem Gołębiewskim albo z Pawłem Wszołkiem. Czekaliśmy na łączenie do Multiligi. [Multiliga ma to do siebie, że pomeczowe łączenia często się opóźniają, bo tutaj się dłużej porozmawia na murawie, tam się coś obsunie w studio a zegar tyka…]. Mówię więc do niego:

– Daniel, sorry, że musisz tyle czasu ze mną czekać. Jakbyś uciekł, to też bym zrozumiał.

– Przestań. Niedawno tylko moja matka chciała ze mną rozmawiać, a to i tak nie zawsze.

Wolisz przepytywać czy być przepytywanym?

Nie mam problemu z byciem przepytywanym, bo też nie mam nic do ukrycia. Jeśli ktoś wyciągnie z mojej wypowiedzi coś fajnego, to tym lepiej. Natomiast zdecydowanie wolę przepytywać, prowadzić rozmowę. Jest to dla mnie bardziej komfortowa sytuacja, jak rozgrywam, niż tylko czekam na piłkę.

Mówi się, że dziennikarz sportowy to niespełniony sportowiec. Ty akurat jesteś potwierdzeniem tego stereotypu.

Ja się dość szybko nie spełniłem – na początku liceum. Wiadomo, że chciałem być sportowcem, ale doszedłem do wniosku, że chciałbym też pisać o sporcie. Zazdrościłem dziennikarzom sportowym. W sumie uważałem, że mam większe szanse pojechać na Igrzyska Olimpijskie jako dziennikarz niż jako sportowiec, a to zawsze było moim marzeniem.

Dzisiaj jest łatwiej, bo masz bardzo dużo miejsc, gdzie ktoś może zauważyć, jak fajnie piszesz. Przykładów ludzi, którzy pokazali się na Twitterze, a potem zaczęli się pojawiać w kolejnych mediach jest coraz więcej. To pokazuje, że jak ktoś jest zdolny, ma ambicje, pasje – bo to są najważniejsze rzeczy – przebije się. Kiedyś była naprawdę wąska liczba gazet, o radiach i telewizjach nie wspominając, gdzie można było zaistnieć. Ja i tak miałem dużo szczęścia, bo poznałem Zbigniewa Wojciechowskiego – legendę łódzkiego dziennikarstwa. Człowieka, który wychował też Tomasza Zimocha. Kiedyś, każdy dziennikarz uważał, że warto mieć swojego wychowanka.

Mistrz powinien mieć czeladnika. Red. Wojciechowski uznał, że weźmie mnie pod swoje skrzydła. Dobrze, że umiałem pisać na maszynie, bo jak mnie sprawdzał, to musiałem napisać chyba 8 stron maszynopisu – to była relacja z meczu Widzew – Warta Poznań i wszystkie boki, tak jak robiło się wtedy relacje do „Tempa”, plus wywiad z trenerem Władysławem Stachurskim i następnego dnia mu dostarczyć.

Możesz w jakiś sposób porównać pracę w obecnej redakcji do tej sprzed 20 lat?

Pod wieloma względami inny świat. Wtedy bogactwem były „zszywki”, gdzie mogłeś spojrzeć jak czegoś nie pamiętałeś. Książki, które miałeś na półkach. Wiedziałeś, gdzie czego szukać. No i to co miałeś w głowie. Dzisiaj, nawet jak chcesz napisać tekst o jakimś przypadkowym piłkarzu z Paragwaju to jesteś w stanie go maksymalnie „wygooglować”. Wtedy bardziej się liczyło to, co w życiu widziałeś, przeczytałeś. Jak to masz zaszufladkowane w głowie, tzw. „kojarka”, czyli jak potrafisz skojarzyć fakty. Kiedyś po prostu trudno było być dziennikarzem sportowym, który analizuje mecz, grę. Zdarza się obecnym komentatorom, że po ocenieniu czarno białej sytuacji, że jest czarna, później mówią, że jednak jest biała, bo 20 ludzi na Twitterze ocenia tę sytuację zupełnie inaczej. Kiedyś zależałeś tylko od siebie. To co przygotowałeś sobie przed meczem, to był Twój kapitał. Sam musiałeś wszystko ocenić, skojarzyć fakty. Zupełnie inna robota.

Długo przygotowujesz się przed skomentowaniem meczu, czy prowadzeniem studia?

Bardzo długo. Jak przygotowuję się do meczu Ekstraklasy, wystarcza mi posiedzieć nad tym meczem 3-4 godziny. Natomiast do tych 3-4 godzin spędzonych nad swoimi notatkami, Skarbami Kibica, stronami internetowymi trzeba dorzucić jeszcze – w przypadku dobrze znanych drużyn – uważnie obejrzane ostatnie mecze obu drużyn. Najczęściej i tak je widziałem, bo staram się oglądać wszystkie. Bardzo dużo czytam też o Ekstraklasie każdego dnia. To jest coś, w czym siedzę bez przerwy.

Jeśli mam skomentować mecz Ligi Europy, w którym powiedzmy Kopenhaga  gra z Astaną to tego czasu muszę poświęcić dużo więcej. Staram się obejrzeć po dwa mecze każdej drużyny, albo kilka obszernych skrótów, żeby wiedzieć, jak poruszają się piłkarze, jakie lubią zagrania, jakie są ich mocne i słabe strony. No i z 6 – 8 godzin researchu, czasami 10, bo musisz starać się każdego piłkarza prześwietlić. A przynajmniej tych pierwszoplanowych. Najgorsze, co by było to dowiedzieć się, że zapomniałem o jakimś meczu i zadzwoniłby do mnie wydawca i zapytał: „dlaczego jeszcze nie jesteś w dziupli?” I nagle by się okazało, że muszę skomentować mecz nieznanych mi drużyn mając przed oczami tylko składy. To byłby mały koszmar. A nawet wielki, najczarniejszy sen.

Twój kolega – Tomasz Smokowski kiedyś stwierdził, że boi się czkawki na wizji. Też to cię przeraża?

Czytałem ten wywiad „Smoka” i kiedyś pomyślałem sobie nawet o tym, ale stwierdziłem, że im więcej będę myślał, to prędzej czy później tej czkawki dostanę. Staram się wymazać to zdanie z pamięci. Chyba lepiej nie myśleć, o tym, co złego się może stać. Bardziej boję się takich meczów, jak Zawisza Bydgoszcz – Górnik Łęczna, gdzie jest 0:0 i nie masz jak z niego wybrnąć. Jak będziesz starał się sztucznie stworzyć emocje, ludzie stwierdzą, że gadasz bzdury. Jak będziesz komentował to co jest, grał ciszą, to powiedzą, że jesteś nieprzygotowany i podajesz same nazwiska. Jak będziesz się starał dużo mówić, to znowu powiedzą, że męczył ich nie tylko mecz, ale też Twój komentarz.

Na YT można znaleźć filmik, w którym opowiadasz, że Twoje pierwsze zderzenie z Canal+ było nieudane. Jako dziennikarz z dorobkiem, poszedłeś na casting ze zwykłymi ludźmi.

Nie było nieudane. Nie z mojej winy zresztą. Pracowałem wtedy w „Dzienniku – Polska-Europa-Świat. Paweł Zarzeczny codziennie pisał tam felietony i raz napisał, że chłopaki z Canalu będą robić casting. Poprosili, żeby to rozpowszechnić. W redakcji siedziałem naprzeciwko Pawła i mówię:

– Paweł, to tak na serio, czy to znowu jakiś Twój bajer?

– Nie, na serio. Idź jak chcesz.

Poszliśmy z Kamilem Gapińskim (obecnie weszlo.com) we dwóch. Było dużo ludzi i tak się każdy krygował. Mówię: „Kamil, wchodzimy szybko na chama jako pierwsi, bo tutaj zleci nam cały dzień.” Weszliśmy jako pierwsi. „Smoka” i „Twara” nie znałem wtedy praktycznie, tyle co z widzenia. Pogadaliśmy, kazali mi skomentować jakiś fragment. Dostałem mecz chyba Wisła – Legia. Wisła na pewno, bo pamiętam, że Brożek strzelił wtedy gola. No i tak to się skończyło. Trzy tygodnie później spotkałem przypadkowo znajomą, która pracowała w dziale promocji w Canalu (wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem). Spotkaliśmy się jednego razu i mówi: „Mieliśmy spotkanie z chłopakami i stwierdzili, że przyszło 300 osób, a na dobrą sprawę nadają się dwie osoby. Ciebie by wzięli bardzo chętnie, ale jesteś związany z inną redakcją.”

Ucieszyłem się, ale później temat nigdy nie wrócił. Nie spytali niestety, a powiedziałbym, jak wiele byłbym w stanie poświęcić, by z nimi pracować. Natomiast ten casting miał ostatecznie dobry skutek, bo „Twaro” zadzwonił jakiś czas później i zaprosił mnie jako eksperta do Ligi+. Mówił, że czyta moje felietony w “Dzienniku”, bardzo mu się spodobały moje spostrzeżenia i chciałby, żebym był ekspertem. Przez półtora czy dwa sezony byłem nim dopóki nie przeszedłem do nich na stałe.

Żałujesz czegoś w swojej karierze?

Jeśli się czegoś w życiu żałuje, to czegoś, czego się nie zrobiło. Pamiętam, że na meczu Widzew – Borussia Dortmund obok mnie siedział Zbyszek Wojciechowski, a obok niego jego przyjaciel – Janusz Basałaj, który wtedy kompletował redakcję Canal+. Miałem wtedy 19 lat. Zbyszek uważał, że to jest dla mnie za wcześnie, żeby mnie polecić. Tak sobie zawsze myślę: w jakim byłbym obecnie miejscu, gdyby wtedy Zbyszek jednak polecił mnie Januszowi i tak jak paru chłopaków w moim wieku czy niewiele starszych, zacząłbym od zera współtworzyć tę redakcję…?

Zastanawiałeś się kiedyś, że przyjdzie moment, w którym trzeba będzie zejść ze sceny, czy jak Bohdan Tomaszewski będziesz się bawił w dziennikarstwo do końca?

Bardzo bym chciał, kocham tę robotę. Czytam też rozmowy z innymi dziennikarzami i się dziwię jak mówią, że „kiedyś przyjdzie czas, żeby przestać”. Może ja za późno trafiłem też do telewizji, także mnie to dalej wszystko bawi. Uważam, że dalej się rozwijam.

Uwielbiam ideę amerykańską, gdzie każda stacja telewizyjna, każdy program, ma „kotwicę”, tam się mówi na taką osobę: anchor. Kogoś kto jest kojarzony z tą stacją, programem, jest jego twarzą. Ludzie mogą nie pamiętać tytułu, ale pamiętają, kto to prowadzi. To ktoś taki, jak „Twaro” i „Smoku” dla Ligi+Ekstra. W Polsce tej idei nie ma. Polsat zawsze bardzo pięknie się zachowywał wobec Bohdana Tomaszewskiego. Kogoś mógł irytować ten jego starszy, archaiczny trochę, sposób komentarza. Wiadomo, że to jest legenda i jeśli nawet się komuś nie podobało, to powinien przyznać, że głos pana Bohdana to jest coś takiego jak truskawki na Wimbledonie – musi być. Marzy mi się, żebym w NC+ , bo ja w ogóle bardzo rzadko zmieniam pracę i niechętnie, był kiedyś taką „kotwicą”.

Jak traktujesz podróże? Jako odskocznie czy raczej dodatek do dziennikarstwa, które ci wiele z nich umożliwiło?

Trzeba przyznać, że dużą część świata zwiedziłem dzięki dziennikarstwu. To jest kapitalna rzecz w tej robocie. Nie mówię tylko o dalekich podróżach. Uważam, że reporter musi rozmawiać z ludźmi. Tak samo ktoś zajmujący się naszą Ekstraklasą nie może tylko prowadzić programu ze studia. Nigdy z perspektywy redakcji, zajmując się jakąś rzeczą, nie poznasz jej tak dobrze, jak jadąc w jakieś miejsce. Zawsze jestem dwie godziny przed meczem, żeby pogadać z piłkarzami kiedy mają te 10 minut na zapoznanie się z murawą. Zobaczyć jaki to ma klimat.

Wychowałem się na książkach Ryszarda Kapuścińskiego, dziennikarza, dla którego reporter to był ktoś, kto żyje światem, o którym pisze, wchodzi w niego, stapia z nim. Wchodzi w daną społeczność, jak Jacek Hugo-Bader, który potrafił wyjechać na Syberię i mieszkać z miejscowymi w nieakceptowalnych przez wielu warunkach, aby zobaczyć, jak to naprawdę wygląda. Dlatego uwielbiam być w ruchu. Podróże prywatne są tego uzupełnieniem. W ogóle jestem bardzo ciekawy świata. Gdyby się znalazł ktoś, kto chciałby mi sfinansować projekt: „Z Żelkiem Żyżyńskim dookoła świata” to miałbym tysiąc pomysłów, które moglibyśmy sprzedać w różnych krajach globu. Uważam, że Martyna Wojciechowska robi fenomenalną robotę i ma najlepszą pracę świata. Jeszcze lepszą od mojej, choć ja mam doskonałą. Podróże kocham, poza tym one rozwijają mnie jako dziennikarza.

Podróże to jest najlepszy uniwersytet z możliwych, bo wszystkiego się uczysz, dotykasz. Przed każdą staram się czytać na temat danego kraju i o ludziach. Nie tylko przewodniki, ale też np. przed Peru przypomniałem sobie prawie wszystkie książki Vargasa Llosy i jak spacerowałem po Limie, po Miraflores, to jakbym widział sceny z „Ciotki Julii i skryby”. Areqiupa też bardziej niż z wulkanem Misty kojarzy mi się nadal z książkami Llosy, choć kilka dni tam spędziłem. Ostatnio w Dubaju spotkaliśmy z żoną polską rodzinę, która co roku na miesiąc, bierze dzieci i jadą gdzieś w świat. Tak sobie myślę, że żadna szkoła przez ten miesiąc nie nauczyłaby tych dzieci nawet 5% tego, co taka podróż.

Dzięki grze w Kartofliskach, poznałem bliżej jednego z kibiców Legii, który kapitalne historie ze swojej poślubnej podróży z żoną zamieszcza na gdzieindziej.eu. M.in. taką, że spotkali dziewczynę, która podróżuje ze swoją 4-letnią córką. Zdziwili się, że z taką malutką podróżuje sama, najtańszymi środkami, śpiąc czasami w warunkach, w których wielu ludzi w życiu nie chciałoby przebywać. Okazało się, że ta dziewczyna jako samotna matka, kiedy tylko mogła, wzięła to dziecko do plecaka i zaczęła podróżować po całym świecie. Jestem pewien, że ta dziewczynka – jeśli, odpukać, zdrowotnie ją coś złego nie spotka, bo przedziwne miejsca odwiedzają – będzie niesamowicie szczęśliwą i ciekawą osobą.

Podróże wpłynęły jakoś na Twoje gusta np. muzyczne?

Muzykę nie. Wstyd się przyznać, ale muzyka nie odgrywa właściwie żadnej roli w moim życiu. Jak jechaliśmy gdzieś całą ekipą na studiach, czy jeszcze w liceum, to było obojętne, co kto włączy: metal, pogo, polski rock. Może disco polo mnie trochę razi… no chyba, że jest impreza 🙂

Byłeś i w ZSRR, ale też już i Rosji.  Gdy pojedziesz w tamte rejony i nie przeżyjesz jakieś dziwnej przygody, to tak jakbyś pojechał do Rzymu i nie zobaczył papieża…

(Śmiech) Sporo tego było, ale na szybko, to mi się przypomina najlepsza anegdotka związana z Polakiem – Wojtkiem Kowalewskim. Umówiliśmy się w Moskwie. My jechaliśmy do stacji Sokolniki. Umawiamy się z nim i mówi:

– Jedziecie samochodem czy metrem?

– Poruszamy się metrem.

– Bardzo dobrze. No to ja też podjadę, żebyście nigdzie nie utknęli. Ta stacja, ta knajpa.

Traf chciał, że Kowalewski trafił do Korony Kielce. No i jakiś rok później spotykamy się w Kielcach. Idziemy ze stadionu na wywiad. Kowal:

– Chodź. Znam dobrą restaurację. Tam sobie usiądziemy.

– Dobra, to pojadę za Tobą.

– Nie, wsiadaj do mojego. Pojedziemy i odwiozę Cię.

– A to daleko?

Wojtek uniósł brwi, wzrok pełen zdumienia pomieszanego z szokiem – wyobraźcie sobie Wojtka z taką miną, niezapomniana – i mówi:

– Malczik… To są Kielce, nie Moskwa. Tu wszędzie jest blisko…

Powiem szczerze, że Moskwa do dziś mi się kojarzy z tym tekstem. Natomiast takich historyjek typu: coś czego nie dało się załatwić, a załatwiłeś na znaczek Widzewa czy innego polskiego klubu, który przypadkowo miałeś ze sobą albo właśnie po to, bo wiedziałeś, że to jest lepszy sposób przekonywania niż jakaś łapówka dawana do ręki, było mnóstwo. Rosja to fascynujący kraj. Bardzo zazdroszczę, tym co teraz są na mistrzostwach. Także tego ich zdumienia, bo wielu naszych dziennikarzy pojechało do Rosji ze strachem, obawą i nagle wszyscy stwierdzają, że są tam fantastyczni ludzie – niesamowicie gościnni. Każdy ma swoją historię do opowiedzenia. Dla mnie było to oczywiste, że tak to będzie wyglądało.

Z historyjek ze Wschodu pamiętam jeszcze jak będąc w Kazachstanie pisaliśmy o meczu Polaków Leo Beenhakkera. Woził nas taki młody chłopak spotkany na lotnisku, pracujący też w korporacji. Nagle trzeciego dnia rano nasz wozitjel przybywa godzinę wcześniej, wchodzi do nas, jak do rodziny, kładzie na stole jakieś mocno pachnące zawiniątko i mówi:

– Ponieważ w ciągu dnia dużo jeżdżę z wami, pracuję też nocami, nie mam się jak wykąpać – zresztą u mnie na wsi i tak woda tylko ze studni. Wezmę więc szybko u was prysznic i upiorę sobie koszulkę, a wy częstujcie się świeżą koniną od mojej matki.

Uznał, że jesteśmy ze sobą tak blisko, że może sobie na to pozwolić. Normalne na Wschodzie, przyjaźnie zawiązują się szybko.

Co sądzisz na temat tego mundialu? Pojawiają się głosy, że to najlepszy mundial od wielu lat. Ja akurat nie mam co specjalnie porównywać, bo to dopiero trzecie moje świadome MŚ. Ty przeżyłeś na żywo jeden z lepszych, jak Francja ’98.

Moim zdaniem, prawie każdy następny turniej wydaje się lepszy od poprzedniego. Trochę tak jak z nowo poznaną dziewczyną, która wydaje się fajniejsza niż ta, którą już znasz parę lat, do której się przyzwyczaiłeś. Choć są jeszcze te z lat dziecinnych, które idealizujesz z każdym rokiem bardziej… Akurat ja mam największy sentyment do mistrzostw świata w Stanach, w 1994r., które oglądałem co noc, bez przerwy. Do Italia ’90 też, choć tam ciężko było o bramki. To był mój pierwszy, w pełni świadomie oglądany i dlatego takie mecze jak Kamerun-Anglia, które były pasjonujące, wspominam do dzisiaj i mi ten obraz dodatkowo zabarwiają. Obecne mistrzostwa z perspektywy Polski też bardzo mi się podobają. Wysoki, wyrównany poziom, dużo emocji. A emocje są najważniejsze.

Pewnie na temat występu naszych reprezentantów powie się jeszcze wiele. Ja chciałbym zwrócić Twoją uwagę na wątek związany z Ekstraklasą. Wśród 23 osobowej kadry na mundial, było 4 zawodników z polskiej ligi. Jak myślisz, ten procent będzie się w następnych latach zmieniał? Najlepsze drużyny teraz będą zaczynać od wcześniejszych faz europejskich pucharów, gdzie może zdarzyć im się potknięcie, a te zaległości najłatwiej nadrobić na sprzedaży talentów. 

Myślę, że tych paru to zawsze pojedzie. Czterech, pięciu, sześciu – nie więcej. Jeśliby jeździło więcej piłkarzy z naszej ligi, to oznaczałoby, że albo bardzo wzrósł poziom naszej Ekstraklasy albo spadł poziom naszej reprezentacji. Nie wydaje mi się, żeby ten poziom mógł aż tak bardzo wzrosnąć, żebyśmy nagle mogli przebierać w Ekstraklasie. A jeśli wzrośnie, to ci najlepsi będą stąd wyławiani. Tak realistycznie patrząc, Ekstraklasa musi być dostarczycielem dla tych z góry światowego łańcucha pokarmowego. Wiadomo, że my nie będziemy tam tygrysem, lampartem. Chodzi o to, żebyśmy nie byli też jakąś myszką stepową, tylko chociaż jakimś myszołowem.

Myślisz, że jest w stanie się zmienić pozycja Ekstraklasy na tyle, że nawiążemy do ligi czeskiej, szwajcarskiej, które są dużo wyżej od nas w rankingu?

W Czechach jest jednak dużo problemów organizacyjnych. Nie mają takiej bazy, ani kibicowskiej, ani klubowej jak my. Dlatego to powinien być punkt honoru, żeby nasze kluby awansowały wyżej do europejskich pucharów niż czeskie, bo możemy brać od nich najlepszych piłkarzy, trenerów. A jednak ściągamy czeski czy słowacki szrot. To jest problem naszej ligi. Szwajcarów pewnie prędko nie dogonimy.

W Ekstraklasie można zaobserwować właśnie pewne mody. Ptak miał swoich Brazylijczyków, Termalica wspomnianych Słowaków, Wisła – Hiszpanów. Teraz kluby Ekstraklasy takie jak np. Śląsk biorą przykład z Górnika i rzuciły się po piłkarzy z 1. Ligi. Myślisz, że to początek czegoś większego, czy to raczej chwilowe i za kilka lat znowu zmienią kierunek?

Zobaczymy. Oni poszli za Górnikiem, tylko że Górnik wybrał perełki i ma trenera, który potrafił je oszlifować, umiejętnie wprowadzać. Doszedł do tego też śląski charakter. Brosz przygotowywał swoich piłkarzy wcześniej, jak byli jeszcze na zapleczu Ekstraklasy. Śląsk oczywiście wybierał ciekawych zawodników, o których się wcześniej słyszało, ale to jednak nie jest to samo. Jeśli oni zaczną grać, to będzie świadczyło o dobrym rozeznaniu klubu w warunkach pierwszoligowych. Tylko, że nie wskoczą tak nagle. Dużo łatwiej było odnaleźć się w Ekstraklasie, we własnym otoczeniu piłkarzom Górnika, którzy wcześniej w tym klubie grali. Trzymam kciuki za taki projekt, jak Śląsk, oparty na polskich zawodnikach i mam nadzieję, że tą właśnie drogą będziemy szli. Jak ściągać obcokrajowca, to o naprawdę dużych umiejętnościach.

Jeśli chodzi o modę na Hiszpanów: kluby zobaczyły, że w hiszpańskich niższych ligach łatwo i niewielkim kosztem da się znaleźć piłkarza, który może stać się ligową gwiazdą. Też bym tam szukał. Natomiast ci Czesi i Słowacy, to nie jest moda, tylko rachunek zysków i strat. Moim zdaniem źle przeprowadzony, ale też bardzo krótkofalowy. Taki piłkarz z pewnym doświadczeniem kosztuje dużo mniej niż Polak. Nie da może gigantycznej jakości, ale gwarantuje stabilność. Powiedziałbym to nawet mocniej: stabilnie, ale… Jeśli już ściągać, to ewentualnie młodego Czecha albo Słowaka…

Pytanie: Czy nas na nich stać?

Moim zdaniem nie stać nas na ściąganie przeciętniaków, za których trzeba zapłacić i przez których polski futbol traci pieniądze wyprowadzane za granicę. Wygórowany koszt przy naszym poziomie Ekstraklasy. Liczę, że to się zmieni, jeśli ludzie zarządzający naszą piłką też zaczną spoglądać krok, dwa do przodu. Ale jak mają spoglądać, skoro prezesi zmieniają się co trzy lata, a trenerzy często trzy razy w ciągu roku? Tu jest kłopot.

Z ciekawością będę także patrzył na projekt Lecha pod przewodnictwem Djurdjevicia. Uważam, że jeśli – cokolwiek się nie stanie – w tym sezonie, nawet gdyby Lech walczył o utrzymanie, władze Lecha pożegnają się z Ivanem Djurdjeviciem, to nie ma dla nich, ani dla klubu żadnego ratunku. Djurdjević przychodząc w tak ciężkim momencie, będąc nie tylko rodzajem falochronu przed tą falą wściekłości poznańskich kibiców, ale też reklamą, po to, żeby w ogóle chcieli wrócić na stadion w przyszłym sezonie, zasługuje na to, żeby pracować przez co najmniej 2 sezony. Choćby zawaliło się wszystko, to gdy przygotowujesz gościa – który jest bardzo inteligentny, zostawia serducho w klubie, ma umiejętności i wiedzę – do roli pierwszego trenera, potem dajesz mu szansę w bardzo trudnym momencie, on na starcie musi mieć pełne zaufanie.

To jest też decyzja, za sprawą której wiążesz – mówię o właścicielach – swoje losy z tym człowiekiem. On robi też coś dla Ciebie, bo wchodzi do samolotu, który może nie spada jeszcze lotem koszącym, ale powiedzmy, że silniki lekko zaczynają rzęzić. Nie możesz później wyskoczyć na spadochronie i powiedzieć: „trudno nie udało się”. Lecicie razem do końca.

Ekstraklasa bez derbów Łodzi dla Ciebie jako łódzkiego kibica…

Byłego łódzkiego kibica.

Byłego?

Niestety – jak zaczynasz być dziennikarzem to – mówię absolutnie serio – przestajesz być kibicem. Dalej sympatyzuję z Widzewem. Nie ukrywam, że cieszą mnie kolejne awanse, że bardzo bym chciał, żeby ten klub grał w Ekstraklasie, ale też cieszą wyniki ŁKS-u. Bardzo dawno z tego wyrosłem. Jak już zacząłem pisać pod okiem Zbyszka Wojciechowskiego, w derbach na ŁKS podniosłem rękę po golu Andrzeja Kobylańskiego na 3:2 dla Widzewa. Zbyszek opuścił mi rękę i powiedział: „Mam nadzieję, że to tylko jakiś skurcz”. On mnie bardzo szybko oduczył tego, żebym kibicował jednemu albo drugiemu klubowi.

Poznałem za dużo piłkarzy z Widzewa i z ŁKS-u, pisząc z Łodzi, żeby kibicować danemu klubowi. Czasami wiedząc, że jakiś piłkarz – którego bardzo lubię – miał za sobą bardzo ciężki okres w domu, chciałem, żeby strzelił gola i nie było dla mnie znaczenia, w której gra drużynie. Łapałem się na tym, że wolałem, żeby w derbach wygrał ŁKS, bo bardziej potrzebuje punktów. Albo jak robiłem skrót z meczu Widzew – Legia to nie kibicowałem Widzewowi, tylko pasowało mi do koncepcji skrótu, żeby dwa gole strzelił Mięciel, najlepiej przewrotką. To jest cena dziennikarstwa. Dlatego tak mnie rajcują te mistrzostwa, bo mogę być takim zwykłym “Januszem”, który maluje twarz, zakłada koszulkę i krzyczy „Polska”.

Chociaż Ekstraklasa bez derbów Łodzi bardzo mnie boli i mam nadzieję, że już niebawem do niej zawitają.

Czego się spodziewasz po tym sezonie? Poprzedni był dosyć przewidywalny jeśli chodzi o spadkowiczów, których większość wytypowała w ciemno jeszcze poprzedniego lata. Teraz mamy dużo bardziej wyrównaną stawkę. Dołączyła dobrze zarządzana Miedź Legnica i Zagłębie Sosnowiec, który ma sporą bazę kibicowską.

Też mam takie przekonanie, że Miedź sobie poradzi w Ekstraklasie. Jednak czy sobie poradzi Zagłębie Sosnowiec? Baza kibiców to nie wszystko. Zwłaszcza, że kibice w Polsce jak nie idzie, potrafią pokazać swoją złość. Oglądałem ostatnie kolejki 1. Ligi, żeby zobaczyć czym będziemy się zajmować w następnym sezonie i Miedź mi się podobała. Natomiast Zagłębie jest dla mnie zagadką i nie postawiłbym aż tak dużo, że utrzyma się w Ekstraklasie.

Jak obcokrajowcy szukają czegoś neutralnego, ale i prawdziwego na temat Ekstraklasy to mówię, że jest to liga wyrównana. Załapiesz się na początku do górnej połówki tabeli, inaczej już do Ciebie rywale podchodzą i bujasz się przez cały sezon. Trzy-cztery pierwsze mecze nie pójdą i się robią problemy. Wpadasz w korkociąg i już się z niego nie odkręcasz. Dlatego tak ciężko coś wytypować. Poza mistrzostwem dla Legii w ostatnich latach.

Już dekadę zajmujesz się Ekstraklasą na wizji. Planujesz wrócić jeszcze do pisania?

Możesz napisać, że czekam na oferty (śmiech) Jak się pojawi fajna propozycja, to z przyjemnością wrócę do pisania, bo trochę mi tego brakuje, a uważam nieskromnie, że byłem dobrym piszącym. Na pewno nie mówię nie. Trochę żałuję, że odszedłem od pisania, ale z pełną świadomością z tego zrezygnowałem – brakowało czasu, by to godzić w takim wymiarze. Chociaż przez pierwszy rok jak pracowałem w C+ równocześnie pisałem w Przeglądzie Sportowym. Opisywałem wtedy między innymi siatkarskie mistrzostwa Europy w Turcji, które Polacy wygrali. Teraz, po koleżeńsku bardziej, pisuję felietony dla polskiego wydania Four Four Two. Tylko, że to jest bardzo rzadkie pisanie, a do takiego regularnego chętnie bym wrócił.

Słuchając Ciebie zastanawiam się: Czy kiedykolwiek powiesz o sobie, że jesteś dziennikarzem spełnionym? Nie chodzi mi tu do końca o osiągnięcia, tylko bardziej o Twoje podejście do samego siebie.

Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, że może wtedy, gdybym skomentował finał mistrzostw świata ze stadionu. Pomyślałbym, że jest fajnie, ale jeszcze fajniej będzie napisać jakąś książkę. Jest taka mojej młodości, dzieciństwa właściwie. Jeśli nie brałem Przeglądu Sportowego do toalety, to tam zawsze leżała taka niewielka książka Andrzeja Makowieckiego, którą każdemu polecam: „Espania ’82 Nerwy, radość, zwątpienie, zwycięstwo” ze zdjęciem Grzegorza Lato na okładce. Fantastyczny reportaż z Hiszpanii.

Po tym finale przyszłoby mi właśnie do głowy, żeby napisać taką książkę o mistrzostwach, a potem się utrzymać na topie. Ale to science-fiction, cel prawie niemożliwy do osiągnięcia, więc gwarantujący stałą chęć pracy nad sobą, rozwoju, sięgania po więcej. Najpierw fajnie by było w ogóle jakiś mundial obsłużyć, na razie mam na koncie tylko Igrzyska Olimpijskie w Pekinie i siatkarskie mistrzostwa świara…

Każdy dziennikarz sportowy chce się chyba rozwijać i myśli o największych meczach w globalnych imprezach. Każdy dobry, bo jest w naszym środowisku też kilku takich troszkę znudzonych. W tej robocie trzeba mieć pasję do samego końca. Jak to przestaje cię bawić, to szkoda zajmować miejsca w redakcji komuś, kto tę pasję ma. Trzeba się tym bawić i też chcieć więcej. Jak sportowcy.

Od nowego sezonu czeka mnie zresztą duże wyzwanie. Czytelnicy Watch Ekstraklasa mogą się raczej z tego nabijać, ale dla mnie to ważna sprawa i wiem, że duża robota dziennikarska i redakcyjna: od nowego sezonu w Canal+ będziemy się zajmować siatkarską Ligą Mistrzów. Zawsze kochałem i kocham siatkówkę, to jest moja dyscyplina numer dwa albo jeden ex aequo. Trzeba to wszystko tak poukładać, żeby oglądali nas z zainteresowaniem nawet ci, którzy wcześniej siatkówki poważnie nie traktowali.

Musimy wyjaśnić pewną rzecz. Rozumiem, że Żelek nadal będzie przy Ekstraklasie?

Tak, tak. „Super Piątek” i „Ekstraklasa po godzinach” w poniedziałki zostaje. Choć szefowie pytali czy uciągnę to. Myślę, że uciągnę. Chciałbym od czasu do czasu skomentować mecz siatkarski, ale też dobry piłkarski.

Można powiedzieć, że po piłce nożnej i siatkówce Twoim sportem jest koszykówka?

Ze względu na umiejętności? Jeśli mam powiedzieć, w co sobie radziłem lepiej, to być może powiedziałbym, że w koszykówkę, w którą przez wiele lat grałem w liceum. Nawet byłem przez te lata w dziesiątce najlepszych strzelców turnieju klas, a to była niezła rzeźnia. Grali tam naprawdę nieźli koszykarze: Filip Kenig, Malesa. Dobre nazwiska, paru później występowało w ŁKS-ie. Oni byli poza zasięgiem, tylko że grali w jednej klasie i musieli dzielić punkty, a ja u siebie byłem najskuteczniejszym strzelcem. Tyle jeśli chodzi o koszykówkę pod względem grania, natomiast wiadomo, że będąc korespondentem „Tempa” z Łodzi pisałem na temat Włókniarza Pabianice, no i ŁKS-u. Oba te kluby, albo jeden z nich zawsze grały w europejskich pucharach.

NBA zawsze kochałem. Pamiętam, jak w podstawówce szliśmy na mecz, był jakiś duży turniej szkół i graliśmy na Starcie – z telegazety dowiedzieliśmy się, że Magic Johnson jest chory na AIDS. To dla nas było szokiem. Takie rzeczy się pamięta. Ja dalej uwielbiam tę ligę i pasjami ją oglądam po nocach.

Ostatnio świat obiegła informacja, że Marcin Gortat przenosi się do LA Clippers. W pewnym momencie polscy kibice mieli nadzieję, że jeśli Polak zdobędzie pierścień, to właśnie w drużynie z “łatwiejszej”, wschodniej konferencji i z Wizards, w składzie z Wallem, wtedy jeszcze Pierce’em, a teraz te marzenia uciekają i wydaje się, że nie wrócą.

Szkoda tamtego sezonu i rywalizacji z Atlanta Hawks. Pamiętam, że kiedyś miałem taką „jedynkę” w Przeglądzie, gdzie Gortat pakuje piłkę do kosza ze wściekłością i  tytuł: „Przywiozę ten pierścień” albo ”Chcę mieć ten pierścień na palcu”. To wtedy był rzeczywiście najbliżej, bo w barwach Orlando Magic grał w finale.

Wtedy jednak był rezerwowym, który wchodził za Howarda. Do ewentualnego pierścienia wywalczonego z Wizards mógłby dołożyć nie trzy, ale nawet swoje trzydzieści trzy grosze.

Jakie to ma znaczenie? Uwierz mi, że jakbym miał do wyboru – i Marcin też, a trochę się znamy, od wielu lat – być zmiennikiem na 7-8 minut i zdobyć mistrzostwo NBA, czy grać 35 i mieć plus 10 punktów, zbiórek i plus 4 bloki na mecz, to Marcin – zwłaszcza na tym etapie kariery –  w ciemno wybrałby mistrzostwo. Tego ci nikt nie odbierze. Ciekawe czy się uda. Wszystko przed nim. NBA to taka liga, w której jeden dzień transferowy – „Trade Day” może nagle zmienić wszystko.

Twoja stacja posiada prawa do ligi NBA. Myślałeś kiedyś nad tym, żeby skomentować jakiś mecz?

Kiedyś Piotrek Małkowski, będący u nas jednym z szefów i ustalający obsady, spytał czy nie chciałbym skomentować meczu NBA, albo zajmować się tym regularnie. Bez namysłu powiedziałem, że możemy wrócić do tematu za pół roku. Te pół roku muszę poświęcić na oglądanie meczów. Minimum 5 tygodniowo, choć wolałbym 10, zmieniając sobie komentarze z jednego klubowego na drugi. Zaczynając każdy dzień od przeczytania Bleacher Report, czy kilku analiz na Yahoo. Do tego strona oficjalna, oglądanie skrótów. Myślę, że to byłby taki czas, który pozwoliłby mi z gościa, który uwielbia NBA pasjami, stać się wiarygodnym komentatorem. Ale na takie przygotowania nie mam czasu, za dużo pochłaniają mi inne sprawy i dzieci.

Oczywiście mógłbym teraz skomentować mecz i myślę, że obroniłbym się. Jednak ja nie chcę się bronić. Komentowanie z Radkiem Hyżym, czy Hubertem Radke to sama przyjemność. Można by mówić same nazwiska, pokazać, że dobrze czyta się grę i ją czuje, ale ja tak nie chce. Jakbym zajął się NBA, to chciałbym, żeby ludzie, którzy na co dzień żyją tą ligą i potrafią wymienić z głowy wszystkie statystyki piątkowych graczy we wszystkich drużynach powiedzieli: „Kurde, ten Żelek naprawdę się zna, czuje to.” Musiałbym jednak poświęcić dużo czasu kosztem piłki.

Dlatego postanowiłem pozostać fanem, który się tym interesuje, ma z tego bardzo dużo przyjemności i pomoże w redakcji, jak trzeba będzie poprowadzić jakieś studio. Meczami wolę nie osłabiać swojej wiarygodności w oczach kibiców NBA i nie tylko. Ilu by się znalazło fanów piłki, którzy powiedzą: „Nie no, on się na wszystkim zna. Siatkówka, piłka nożna, koszykówka. To znaczy, że nie zna się na niczym.” Ja tak nie uważam. Są ludzie bardzo wszechstronni, można żyć kilkoma sportami. Natomiast uznałem, że bardzo daleko mi do pasjonatów koszykówki, których teksty czytam każdego dnia. Nie chciałbym, żeby stwierdzili: „przestań komentować”.

SKOMENTUJ WPIS KIBICA

Zostaw swój komentarz
Please enter your name here