Obserwuj nas

Felietony

Nie ma pieniędzy, klubów w Europie, są za to kompleksy

dzień ekstraklasowego świra

Ludzie rządzący naszą piłką mają straszne kompleksy. Nigdy nie mogą postawić na swoich, zawsze szukając cudownego rozwiązania u kogoś innego. Kogoś, komu się powiodło, właśnie dlatego, że tych kompleksów nie miał. I tak wykładamy się po kolei, jeden po drugim.

Najpierw była Wisła Maaskanta i holenderska myśl szkoleniowa. Ściągano wówczas drogich, ale przede wszystkim wiekowych zawodników, co skończyło się niemal bankructwem klubu z Krakowa. Teraz przyszedł czas na chorwacką Legię, projekt łudząco podobny. Płacenie dużych kwot za graczy, którzy dzięki nabytemu wcześniej doświadczeniu mieliby natychmiast podnieść poziom sportowy drużyny. Na ten moment nawet efekt jest podobny.

W lidze Legia po raz kolejny doczołgała się do mistrzostwa, natomiast po kompromitacji ze Spartakiem bardzo ciężko będzie jej odnieść oczekiwany sukces w Europie. Dlatego Dariusz Mioduski zdecydował się zwolnić Klafurica. Czy w Warszawie znów będziemy obserwować zmianę koncepcji? Znów wszystko zostanie podporządkowane trenerowi „na lata”, który jednak nie dotrwa do następnego sezonu? Z tym mieliśmy do czynienia w ostatnich sezonach. Rotacja trenerów i pomysłów, ciągły chaos, z którego, jeśli coś dobrego wynikało, to tylko dzięki przypadkowi. W czym więc leży problem? W tym, że polski futbol dręczą olbrzymie kompleksy.

***

Najlepiej widać to na przykładzie Legii. Pod koniec 2013 roku do Warszawy przybył Henning Berg. Mimo, że nie jest to postać anonimowa dla kibiców, w stolicy dopiero miał się uczyć trenerskiego fachu. Lepiej było wziąć kogoś, kto – spójrzmy w prawdzie oczy – nie miał żadnego trenerskiego doświadczenia, płacić mu ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie i liczyć, mimo że prawdopodobnie nigdy wcześniej nie słyszał nawet o Ekstraklasie, iż wprowadzi klub na wyższy poziom.

Ta sama historia powtórzyła się z Romeo Jozakiem, Deanem Klafuricem i w nieco mniejszej skali z Besnikem Hasim. Włodarze Legii wolą zastawić się, płacić spore kwoty ludziom z małym doświadczeniem trenerskim, byle tylko uniknąć zatrudnienia jakiegoś polskiego szkoleniowca. Kogoś, dla kogo ta praca byłaby marzeniem i oddałby się jej z wielkim poświęceniem. Zamiast ligowego wyjadacza, który zna realia naszej ligi, pierwszym wyborem zawsze będzie Chorwat czy Norweg. Bo oni nie mają w CV wpisanego Podbeskidzia czy Korony Kielce. Najpiękniej kontruje to później porażka mistrza Polski z Radoslavem Latalem. Facetem z Piasta Gliwice.

***

Raz udało się trafić na kogoś naprawdę wyjątkowego. Mojego imiennika, Stanisława Czerczesowa. Myślę, że z nim na pokładzie, Legia byłaby dzisiaj w inny miejscu. Jednak nie dostał szansy ponieważ? Był za mało europejski! Tylko dlatego, że nie potrzebował stosować najnowszych technologii, aby drużyna osiągała dobre wyniki. Właśnie wtedy nasze kompleksy dały o sobie znać. One towarzyszą nam na każdym kroku.

***

Jakiś czas temu, bliska mojemu sercu Wisła hurtem ściągała Hiszpanów. Sympatyczny redaktor Canal+ śmiał się wtedy z tego w studiu: „Piłkarze za 3 złote+VAT”. No i to jest właśnie nasz problem. Co jest złego w ściąganiu tanich Hiszpanów? Dlaczego to dla niektórych powód do wstydu? Wiadomo, łatwiej przedstawić mediom Pasquato, zawodnika Juventusu. Tylko że jeśli ktoś nigdy nie przebił się w Europie, to ewentualną przeprowadzkę do Ekstraklasy będzie traktował jak zsyłkę. W najlepszym wypadku, jak luksusową emeryturę.

Uczepiłem się go, ale niech będzie. Czy taki Pasquato przychodzący do naszej ligi w wieku 28 lat, po tym, jak nie przebił się we Włoszech, naprawdę będzie miał wielką motywację, by z każdym dniem poprawić swoje umiejętności? Będzie zostawał po każdym treningu w nadziei, że zgłosi się po niego Juventus? On już został zweryfikowany przez wielką piłkę i nic lepszego niż gra w Legii go nie spotka.

***

Co innego Hiszpanie z III ligi. Często to ich pierwsza szansa na zaistnienie w poważnym futbolu. Moment, na który czekali przez całą karierę. Zrobią wszystko, by te swoje pięć minut wykorzystać. Spójrzcie na graczy z Hiszpanii, którzy rok temu trafili do Wisły. Dzisiaj jeden gra w lidze holenderskiej (Pol Llonch), dwóch w greckiej (Julian Cuesta, Fran Velez), a jeden stał się gwiazdą Ekstraklasy (wiecie, który). Najbardziej rozczarowała dwójka z najmocniejszym CV: Victor Perez (kilkadziesiąt solidnych występów w La Lidze oraz Ze Manuel, wypożyczony z FC Porto).

Bo jeśli do Ekstraklasy ma trafić piłkarz, to tylko z mentalnością chłopca chcącego skoczyć na trampolinę. Kierunek „Ekstraklasa” powinien być oferowany tym, dla których będzie to awans sportowy, ale jeden z pierwszych, a nie jak to często bywa: ostatni. Tak potrafi kupować Jagiellonia. Zwłaszcza na polskim rynku znajduje graczy, dla których gra w Białymstoku ma być tylko przystankiem na drodze do lepszego klubu. Przykładami można sypać: Maciej Makuszewski, Fedor Chernykh, Patryk Tuszyński, Michał Pazdan, Maciej Gajos czy Jacek Góralski. Efekt trampoliny. Gra w słabszym klubie, przejście często za psie pieniądze i droga sprzedaż. Oto chodzi.

***

Legia ma nieporównywalnie większe możliwości niż większość naszych klubów. Wiem, że zaraz zostanie przytoczony przykład Masłowskiego, więc tylko napiszę: w ostatnich latach obronę stanowił wspominany wyżej Pazdan, wiele meczów uratował Arkadiusz Malarz (ex-Zawisza Bydgoszcz), a na ściągniętym z Lecha Bereszyńskim warszawski klub zarobił grube miliony. Ryzyko jest takie samo, jak przy zatrudnianiu zagranicznych piłkarzy. Natomiast potencjalne korzyści przy ewentualnej sprzedaży dużo większe. Bo o wiele trudniej drogo sprzedać kogoś, kto w Europie sobie nie poradził.

Nikt nie przyjdzie tu z Zachodu i nie sprawi, że jakiś klub z powodzeniem zacznie grać w Europie. Żaden piłkarz czy trener. Na prawdziwych fachowców nas nie stać. Nie mamy im też czego zaoferować. Dlatego, zamiast przepłacać trenerów z albańskim certyfikatem, czy kolejnych Eduardów, którzy przybywają tu tylko odcinać kupony, może lepiej poszukać własnej drogi? Uwierzyć we własny projekt? Ściągać tanich Hiszpanów (Wisła, a teraz Lech czy Cracovia) ? Szukać wzmocnień na naszym podwórku (Jagiellonia)?

***

21 sierpnia 2010 roku. Do Krakowa przybywa Robert Maaskant wraz ze Stanem Valckxem, dyrektorem sportowym. Czas Holendrów, którzy doszli do finału Mistrzostw Świata. Kilka lat później, cały holenderski projekt zostawił jedynie ogromne długi, a sami Holendrzy ominęli kolejne turnieje Mistrzostw Świata i Europy. Imprezy na których meldowała się reprezentacja… Polski. Czy w Holandii ktoś zatrudnił polskiego trenera? Dyrektora sportowego? Nie. Tylko my się nabieramy na te wszystkie śmieszne certyfikaty. I brak nam odwagi, by postawić na swój pomysł. I później nie mamy już drużyn w Europie. Za to z każdym rokiem mamy coraz większe kompleksy.

Ekstraklasowy entuzjasta. Od zawsze z Wisłą Kraków. Nudny jak poniedziałkowy mecz w Eurosporcie. Mało trafne komentarze i wytarte frazesy. Całodobowo dostępny na twitterze.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Felietony