Obserwuj nas

Felietony

Liga zakłamana | #MinąłWeekend – 5. kolejka

#MinąłWeekend

Gdy po pożegnaniu się z Europą już w środku sierpnia, wszyscy dookoła szukają sposobu na uzdrowienie polskiej piłki, dosłyszeć można się głosów ludzi, jak by to powiedział prezes Boniek „fascynujących”. Takim jawi się dziś chyba dla wszystkich Kazimierz Węgrzyn twierdzący, że porażki w Europie zakłamały poziom naszej ligi i wcale nie jest tak źle. Choć nikt o zdrowych zmysłach nie przyzna racji byłemu reprezentantowi Polski, jedno słowo z jego wypowiedzi się wyróżnia. To „zakłamanie” towarzyszące całej naszej piłce, także pojedynczym hitom, które tak skutecznie potrafią zbudować pozytywny przekaz, że o tym, jak jest źle przypominamy sobie dopiero kolejnego lata. I tak #MinąłWeekend.

MECZ WEEKENDU: LECH POZNAŃ – WISŁA KRAKÓW

SZCZĘŚCIE I SKUTECZNOŚĆ WRESZCIE PO STRONIE WISŁY

Ligowy klasyk obfitował w gole i emocje, a to głównie dzięki Wiśle, która stawiła czoła rywalowi i odnalazła nowe pomysły na grę.

Od pierwszych minut imponował debiutujący w podstawowym składzie w tym sezonie Martin Koštál, jednak to atak Lecha był z początku bardziej konkretny. Najpierw Tiba zagrał prostopadle do Gajosa, a ten uderzył w słupek. Chwilę później nieudolność Sadloka wykorzystał Amaral. Błędy w obronie zdarzały się u obu drużyn. Straty Janickiego i genialnego podania Korta na korzyść Wisły nie obrócił Bartosz, ale inaczej było z Maciejem Makuszewski. Były gracz Tereka Grozny nabił rękę Pietrzaka w polu karnym, a z „jedenastki” trafił Gytkjær.

***

Lech prowadził dwoma golami i trzecim mógł dobić Wisłę, ale tuż sprzed pola bramkowego fatalnie spudłował niepilnowany Amaral. Akcja, która mogła zamknąć mecz, stała się największym wyrzutem sumienia Lecha.

Koštál jeszcze przed przerwą strzelił bramkę kontaktową po błędzie Janickiego, a w przerwie lechici przysięgali sobie, że na plac gry wrócą dużo bardziej skoncentrowani. I wyszli tak, że… puścili jeszcze cztery. W 50. minucie Koštál świetnie zagrał w pole karne, asystą kolejki popisał się Imaz, a wynik wyrównał Zdenek Ondrášek. Również za sprawą Koštála padła trzecia bramka Wisły. Tu dołożył się także Christian Gytkjær, dla którego to drugi samobój w karierze, a pierwszy w Ekstraklasie. Na całej linii zawodził Janicki, między którego nogami piłkę na 4:2 kopnął Ondrášek. Piłkarze Wisły nie dowierzali, ale robili z obroną Lecha, co tylko chcieli. Piątego gwoździa do poznańskiej trumny wbili Jesus Imaz i rezerwowy Marko Kolar.

Nieskuteczna i nieszczęśliwa dotąd Biała Gwiazda wreszcie pokazała pełnię możliwości, a grę drużyny Stolarczyka chwali połowa Krakowa. Nie co dzień się bowiem zdarza, by pogrążony w kryzysie klub tak srogo zlał niepokonanego dotąd lidera.

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ

COŚ RUSZYŁO…

CRACOVIA – ZAGŁĘBIE LUBIN

W pełnej problemów Cracovii każdy pozytywny znak jest jak światełko w tunelu. Tych znaków z meczu na meczu jest coraz więcej, a wyróżniający się od początku sezonu 19-letni Sebastian Strózik, także w meczu z Zagłębiem był motorem napędowym gospodarzy. Coś więc ruszyło, lecz na punkty znów się nie przełożyło.

Strózik swoją pierwszą szansę miał już w 14. minucie po tym jak katastrofalnie zachował się w obronie Sasa Balić. Grający w kolejnym meczu, kosztem Daniela Dziwniela, Czarnogórzec najpierw zupełnie zapomniał o tym, by pilnować młodego skrzydłowego, a gdy już do niego doskoczył, rywal założył mu siatkę. Piłki jednak już do siatki nie wpakował.

Kolejny jego rajd to 43. minuta. Strózik wykonał wszystko prawidłowo. Minął Matuszczyka, nawet nie wdając się w rywalizację ciało w ciało, a potem zagrał w pole karne do Javiego Hernandeza. Hiszpan chyba naoglądał się za dużo Ekstraklasy i wyczynów Tomka Frankowskiego. Spróbował najtrudniejszego rozwiązania z możliwych – uderzenia piętką. Choć później piłka wróciła do gry za sprawą niezmordowanego Strózika, sędzia Szczech dopatrzył się spalonego.

***

Chwilę później przekonaliśmy się o przewrotności piłki. Bohater 1. połowy stał się bardzo szybko antybohaterem i po jego błędzie rozpoczęła się akcja bramkowa Zagłębia. Prosty błąd techniczny Struzika i zbyt mocne wypuszczenie piłki spowodowało, że dobrze odbierający piłki Jagiełło mógł wyłożyć ją na czysta pozycję Pawłowskiemu. To pierwszy gol byłego zawodnika hiszpańskiej Malagi w tym sezonie i udowodnienie bardzo dobrej dyspozycji.

Cracovia pomimo straty gola nadal wyglądała znakomicie, ale gości ratowały: szczęście i Dominik Hładun. Drużyna Lewandowskiego wygrała po raz trzeci w sezonie, ale ze spotkania na spotkanie wygląda coraz gorzej. Atak z Tuszyńskim, Pawłowskim, Boharem czy Starzyńskim to gwarancja jakości, jednak z tak grającą obroną ciężko będzie o kolejne zwycięstwa z rywalami dużo lepszymi od Pasów.

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ

ZASŁUŻONY REMIS

MIEDŹ LEGNICA – KORONA KIELCE

W piątkowy mecz, przy alei Orła Białego, lepiej weszli gospodarze. Już od początku dobrą dyspozycję sugerował Paweł Zieliński. W 6. minucie minął Diawa i Kovačevicia, ale na minięcie także Hamrola sił już nie starczyło. Swoje szanse marnowali także Marquitos i Piasecki, a bardzo aktywny, jak na defensywnego pomocnika, był Rafał Augustyniak.

Po przerwie rolę się odwróciły, a kolejny raz zaskoczył Maciej Górski. Były król strzelców 1. ligi zdawał się być skończony, w lidze od której tak wiele razy się odbijał, jednak kolejny kontrargument krytykom wysłał w 54. minucie. Pomimo asysty obrońców Miedzi, przyjął piłkę kierunkowo i strzelił soczyście w górną część bramki Kanibolotskiyego.

Miedź wyrównała po akcji Maquitosa i Ojaamy, którzy kompletnie upokorzyli w 69. minucie Janjicia i Kallaste. Piłka leciała, jak po sznurku, odbijając się finalnie od wyróżniającego się Pawła Zielińskiego. Po kilku niewykorzystanych sytuacjach, przyszła zasłużona dla prawego obrońcy Miedzi bramka. W samej końcówce Kallaste mógł odkupić winy, ale po rozpoczęciu przez niego akcji i wejściu w pole karne nie trafił z 10 metra w sytuacji sam na sam z Kanibolotskiym.

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ

JANOTA SHOW

WISŁA PŁOCK – ARKA GDYNIA

Gdy w Weronie swój debiut w barwach Juventusu zaliczał Cristiano Ronaldo, w Płocku gra szła o trzy bardzo cenne dla obu drużyn punkty. Każda z nich chciała uciec z dolnych rejonów tabeli. W drużynie gospodarzy na ławce zasiedli Szwoch i Stilić, a w Arce – rewelacyjny w poprzednim meczu, Mateusz Młyński. Chyba w myśl zasady Oresta Lenczyka: „drugi raz to już tak dobrze nie zagra”.

W 25. minucie Damian Szymański posłał bombę w stronę bramki Šteinborsa. To mógł być gol z niczego, jednak piłka odbiła się od słupka. Arka miała coraz więcej szans, jednak te najlepsze psuł Rafał Siemaszko. W 2. połowie imponował za to Michał Janota. Pomocnik gości rozgrywał, podawał. W 55. minucie rozpoczął akcję i zaliczył asystę II stopnia przy golu Koleva. Chwilę później mógł podwyższyć, po podaniu Zbozienia, na 2:0, a w 66. minucie znów po jego akcji strzał Koleva ponownie obronił Dähne. Niewykorzystane sytuacje się zemściły i Ricardinho po błędzie obrony trafił z ostrego kąta. Arka jednak nie powiesiła białej flagi. Ataki w końcówce dały dwa gole. W 82. minucie trafił wchodzący z ławki Jankowski, a później wynik podwyższył po asyście Janoty Rafał Siemaszko.

Arka wreszcie jest „jakaś”, a w drużynie wykreował się będący w wyśmienitej formie lider, Michał Janota. Nieco gorsze nastroje mogą panować w Płocku. Tym razem odejście trenera tuż przed startem sezonu podziałało na wyniki destrukcyjnie, a nowy trener będzie miał nie lada problem z powtórzeniem wyniku Jerzego Brzęczka.

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ


LECHIA DOJRZAŁA I NIEPOKONANA

GÓRNIK ZABRZE – LECHIA GDAŃSK

Po gdańskiej Lechii widać już piętno jakie odcisnął Piotr Stokowiec. Na starcie wszystko wygląda świetnie – kadra jest szeroka, w drużynie przebijają się zarówno młode nadzieje na przyszłość, jak Karol Fila, napędowi – Michał Mak, czy Lukas Haraslin, ale i doświadczone gwiazdy – Artur Sobiech i Flavio Paixao. A gdy do tego wszystkiego dodamy kreatywny środek pola i wracającego do swojej dawnej formy z Ruchu Chorzów Patryka Lipskiego, Lechia jawi się jako możliwa rewelacja ligi.

Przy Roosevelta Górnik nie kąsał już tak, jak w poprzednich spotkaniach. Napastników skutecznie unieszkodliwiali defensorzy gości, a w bramce znów wybornie spisywał się Kuciak. Największym zagrożeniem dla Lechii był facet od wszystkiego, Szymon Żurkowski, ale wobec ostrej gry rywali często nawet jego atuty bladły.

W defensywie nie najlepiej spisywali się: ściągnięty jeszcze w 1. połowie Ambrosiewicz, czy Gryszkiewicz, ale samego siebie przeszedł Paweł Bochniewicz. To właśnie od niego odbiła się piłka po strzale Karola Fili. Drugi gol to zasługa Patryka Lipskiego, który uderzył z wolnego na bliższy słupek i wbiegającego przytomnie w pole bramkowe Flavio Paixao.

***

Na tablicy wyników nie zaszły już żadne zmiany, jednak o nie po sobotnim meczu, już na tablicy z powołaniami Jerzego Brzęczka, bali się wszyscy. W 84. minucie w Szymona Żurkowskiego agresywnie wszedł Michał Mak i tylko dopełnił dzieła zniszczenia na młodzieżowym reprezentancie Polski. Lechiści choć nie polowali na Żurkowskiego, nie potrafili momentami wygrać z nim walki o piłkę i sięgali po środki ostateczne – faule. Dla dobra ligi pozostanie Żurkowskiego w Górniku jest wręcz zbawienne, dla samego piłkarza – niekoniecznie. Każdy kolejny miesiąc spędzony w tej lidze, to zagrożenie kontuzją i przerwaniem znakomicie zapowiadającej się kariery. Chyba więc czas na emigrację, na której Polak wcale nie byłby na straconej pozycji. Dziś wydaje się, że miałby realną szansę na regularną grę w przynajmniej połowie drużyn tak popularnej wśród polskich piłkarzy, Serie A.

Biało-zieloni po 5 kolejkach z każdej strony słyszą pochwały, jednak nie ma się czemu dziwić. Lechia 11 punktów w tej fazie sezonu miała w ciągu ostatnich 10 lat tylko raz, w sezonie 2013/14. Wtedy skończyła ligę tradycyjnie, na 4. miejscu – pierwszym, który nie był premiowany grą w pucharach. Dziś nawet traktowane wielokrotnie jako porażka 4. miejsce byłoby sukcesem ekipy Stokowca.

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ

MECZ PRZYJAŹNI W CIENIU DOMOWEJ DRAKI

LEGIA WARSZAWA – ZAGŁĘBIE SOSNOWIEC

W każdym związku zdarzają się konflikty, wiadomo – czasem człowiek musi, inaczej się udusi. W jednych awantury są odstępstwem od harmonijnej codzienności, w innych wrze się częściej. Wtedy pozostaje tylko nadzieja, że w dłuższej perspektywie nie doprowadzi to do rozstania, a może wbrew wszystkiemu i wszystkim – scementuje związek. Drugi, ognisty typ relacji jest nam skądś znany. Kluby są pełne takich relacji, a polskie środowisko piłkarskie sprawia wrażenie, jakby nie mogło się bez nich obyć.

Dziś wśród kibiców Legii aż kipi, żądają odejścia Dariusza Mioduskiego. Ten, choć przyznaje, że się zagubił, między wierszami sugeruje, że jednym z nielicznych jego błędów było pozostawienie na stanowisku trenera Deana Klafuricia. Od krytyki próbuje się odcinać, a autora tej totalnej, podpartej prostymi wyliczeniami Stanowskiego, straszy pozwem. Nic więc dziwnego, że komuś mogą puścić nerwy i może mieć „Miodka” dosyć.

Pytanie, czy możliwy jest ktoś lepszy i czy po sprzedaży klubu przez tego „złego”, nie przyszedłby jeszcze gorszy? Jak w Polonii Warszawa przed kilkoma laty. Szalonego i zmieniającego trenerów, jak rękawiczki Wojciechowskiego zastąpił wtedy Ireneusz Król. Do dziś Polonia nie potrafi się podnieść, jest w czarnej „du..” i jak to mówią, zaczyna się w niej urządzać.

***

W relacjach sosnowsko-warszawskich wręcz odwrotnie – miłość trwa, do tego stopnia, że po golu Legii, kibice Legii wspierali… rywali. Ten padł pod koniec 1. połowy. Po dośrodkowaniu Antolicia z narożnika boiska, tak jak w meczu z Piastem trafił Jędrzejczyk. Wcześniej ciekawych rozwiązań próbował Carlitos, czego wynikiem była m.in. poprzeczka po jego strzale.

Tak, jak z Piastem, Legia bramkę wyrównującą straciła tuż po przerwie. W 53. minucie nowy zawodnik Zagłębia, Szymon Pawłowski obsłużył Konrada Wrzesińskiego, a ten już po raz trzeci w tym sezonie wpisał się na listę strzelców.

Ekipa Sá Pinto próbowała. Próbował Hołownia, próbował Szymański, ale w końcu to penetrujące kilka linii rywala podanie Antolicia dało Carlitosowi szansę, której zmarnować już nie mógł. To pierwszy gol Hiszpana w tym sezonie Ekstraklasy. Może to będzie sygnał do przełamania i po złapaniu formy Carlos Lopez w Legii, znów będzie czarował…

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ

POWTÓRKA MILE WIDZIANA

JAGIELLONIA BIAŁYSTOK – PIAST GLIWICE

Debiut Savkovicia udany, a mecz wygrany, a powtórka Mile widziana mogliby rzec kibice. Powtarzać i po raz kolejny cierpieć zdrowotnie, tak jak w meczu z Piastem nikt by już jednak chyba nie chciał.

Mecz miał swoje fazy. Rozpoczął się od dominacji gospodarzy. Jakub Wójcicki brawurowo wszedł w pole karne, delikatnie piłkę trącił Klimala, a gola w debiucie strzelił Mile Savković. Skrzydłowy trafiał w lidze serbskiej, el. Ligi Europy, strzela też w Ekstraklasie.

Chwilę po golu szansę na błyskawiczną odpowiedź zmarnował Papadopulos. Swoim kiksem zabrał też Jakubowi Czerwińskiemu asystę. Piast bardzo chciał wyrównać, znał swoją wartość, a po porażce z Legią, liczył wreszcie na 3 punkty. W 58. minucie udało się, choć tym razem nie była to zasługa Valencii, czy Papadopulosa, a pustego przelotu Mariana Kelemena. Powracający po kontuzji Badia z asystą, Patryk Dziczek z golem.

Jaga była w coraz większych opałach. Nie dość, że jeszcze w 1. połowie boisko z kontuzjami opuścili Runje i Machaj, a goście polowali na drugą bramkę, to narodził się strach o dotrwanie do końca w jedenastu. I to wcale nie z powodu ostrej gry, a kolejnych kontuzji, będących chyba rzeczywistą ceną za grę w pucharach.

Ta cena okazała się jednak nie tak wielka, jak wszyscy sobie wyobrażali. Urazy Runje i Machaja były niegroźne, cała drużyna dotrwała do końca w jednym kawałku, a wszystko celnym strzałem w ostatniej minucie skwitował Arvydas Novikovas. Nie tak świeży, jak zazwyczaj, Litwin czego by nie robił, i tak będzie się wyróżniał na polskich boiskach. Jakość nie zna zmęczenia i wyjdzie nawet z tej „nogi zmęczonej”. Nawet pomimo powiedzenia, że noga zmęczona, a noga wypoczęta, to dwie różne nogi”.

W ciągu miesiąca, od kiedy rozpoczął się sezon, Jaga zagrała w 9 meczach. Tak więc po grze w odstępie nieco ponad 3 dni, 2 dni wolnego po meczu wydają się dla piłkarzy szmatem czasu. Wypoczęci czekają na dwa ostatnie mecze przed przerwą reprezentacyjną, tym razem – z zespołami z dołu tabeli – z Miedzią Legnica i Wisłą Płock.

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ

TRADYCJA – RZECZ ŚWIĘTA

ŚLĄSK WROCŁAW – POGOŃ SZCZECIN

Według niej poniedziałkowy mecz powinien być tak nudny, że oglądając jego skrót od razu domyślilibyśmy się w jakim dniu był rozgrywany. Po gościach niczego więcej niż proste błędy i brak efektowności nie mogliśmy się spodziewać. Piłkarze gospodarzy jakby specjalnie z okazji tego dnia, drugi raz zagrali tak, że mogliby uśpić nawet słonia. A przecież trzy premierowe, nieponiedziałkowe mecze Wojskowych dało się oglądać…

Znów mecz na ławce rozpoczął Robak i znów okazało się, że osamotniony Piech nie jest wielkim zagrożeniem dla bramki rywali. W 53. minucie zmarnował stuprocentową szansę po zagraniu Pałaszewskiego. Wreszcie wszedł Robak, ale jego strzał z ostrego kąta również nie miał szans na powodzenie. Najlepsze okazje w tym spotkaniu miał Śląsk, jednak ogólne wrażenie nieco lepsze sprawili goście.

Żadna z drużyn nie może więc patrzeć na start sezonu z zadowoleniem – Pogoń nadal nie wygrała w lidze meczu, a Śląsk zrobił to raz – w 1. kolejce. W następnej, Runjaicia i spółkę czekają derby Północy z Lechią, a Śląsk spotkanie z bardzo powoli oswajającym się z ligową rzeczywistością Zagłębiem Sosnowiec.

SKRÓT MECZU – KLIKNIJ

JEDENASTKA CHWAŁY

Hładun – P. Zieliński, Wasilewski, Klemenz, Mladenović – Strózik, Antolić, Janota, Ricardinho, Koštál (kapitan) – Ondrášek

JEDENASTKA WSTYDU

Kelemen – Astiz, Bochniewicz, Janicki (kapitan) – Michalski, Furman, Ambrosiewicz, Balić – Klimala, Kante, Kucharczyk

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Felietony