Obserwuj nas

Pismo Kibiców

Krakowska piłka wróciła do domu

Krakowska piłka

Nie ma w tym zespole gwiazd. Trzon stanowią gracze, którzy w zeszłym sezonie byli zepchnięci na dalszy plan. Garstka ludzi, którzy na swoją pierwszą czy drugą szansę czekali bardzo długo. Być może nawet zbyt długo. Plejada zawodników, na tyle dobrych, by trafić do Wisły, ale na tyle słabych, że już w niej zostali. Rezerwowi. Piłkarze, których kibice już dawno skreślili. Wyciągnięci z szafy, po tym, jak klub stanął na skraju przepaści. I na przekór wszystkim, to właśnie oni grają najładniej w całej lidze. Krakowska piłka wróciła na Reymonta.

W maju wszystko posypało się jak domek z kart. Niepowodzenie w walce o europejskie puchary sprawiło, że przyszłość Wisły malowała się w czarnych barwach. Kluczowe postacie w poprzednim sezonie: Pol Llonch i Carlitos szybko spakowali walizki razem ze swoimi rodakami: podstawowym bramkarzem (Julianem Cuesta), czy obrońcą (Franem Velezem). Odszedł Cywka, kariery pokończyli Głowacki z Brożkiem.

Rewolucja

W sumie z Krakowem definitywnie pożegnało się 11 zawodników. Przyszło 4, z czego najpoważniejszym wzmocnieniem miał być Dawid Kort. Facet, który bez żalu został odpalony w Szczecinie. Za całą rewolucję odpowiadać miał duet Stolarczyk-Głowacki. Pierwszy z 3-miesięcznym doświadczeniem na stanowisku pierwszego trenera zespołu, drugi dopiero co zawiesił buty na kołku. Jeszcze w lipcu nie wiadomo było, czy Wisła będzie grać na Reymonta. Może Nieciecza, może Chorzów, a może Gliwice. Jeśli ktoś wtedy zakładał, że krakowską drużynę będzie stać na coś więcej niż walkę o utrzymanie, był brany za niezrównoważonego psychicznie. Nadzieja matką głupich.

Praca Stolarczyka

Po odejściu najskuteczniejszego strzelca Białej Gwiazdy, zrzutce fanów na opłatę za stadionowy czynsz i kolejnych wpadkach zarządu cel na ten sezon mógł być tylko jeden: odzyskać godność. Na przekór ekspertom i kibicom wieszczącym klubowi szybkie pożegnanie się z piłkarską elitą. Niespodzianka.

I chociaż to dopiero szósta kolejka to wydaje się, że dzięki pracy trenera Stolarczyka udało się w Krakowie stworzyć zgraną ekipę, walczącą od pierwszej do ostatniej minuty. Szwankowała skuteczność, przez co straciliśmy kilka punktów na samym starcie rozgrywek. Stracimy ich jeszcze więcej. Przyjdą pierwsze kryzysy, rozczarowania. Natomiast wreszcie powróciła krakowska piłka. Ofensywny futbol i zaangażowanie od pierwszej do ostatniej minuty. Aktorzy drugoplanowi stali się gwiazdami. Oni chcą te swoje pięć minut za wszelką cenę wykorzystać. Dzisiaj stoją na scenie, ale jutro światła mogą zgasnąć. Przyszłość Wisły wciąż nie jest łatwa do przewidzenia.

Hiszpania poszła w zapomnienie

Hiszpańska drużyna, chociaż nie miała złych wyników, była zupełnie inna. Użyłbym tu słowa „obca”. Ludzie z drugiego końca Europy, niestarający się nawet uczyć polskiego. No bo po co, skoro od dyrektora sportowego, poprzez trenera i jego asystentów, a kończąc na szatni – każdy znał hiszpański. Doszło do tego, że Joan Carillo zakazał Sobolewskiemu i Kmiecikowi rozmawiać po polsku w jego obecności. Większość zawodników chciała odejść i tylko czekała na pierwszą sposobność. Trudno było się do nich przywiązać kibicowi.

Zostali wojownicy

Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Na szpicy gra Ondrasek. W Polsce poznał dziewczynę, razem założyli salon SPA. Czech zawodził, ale zawsze był dobrych duchem szatni. Na skrzydłach grają Boguski, Małecki czy Bartosz. Wszyscy spędzili wiele lat w tym klubie. W obronie mamy Macieja Sadloka. On zrezygnował z pogoni za lepszym kontraktem w innym miejscu. Został i powoli staje się ikoną nowej Wisły. Być może skończy karierę w Krakowie, już jako kapitan. Gdyby tylko dołożył do tego jakiś drużynowy sukces… Obok niego jest Marcin Wasilewski. Wojownik, który ma szczególny sentyment do królewskiego miasta: tutaj dorastał. I w tym miejscu chce zwieńczyć swoją bogatą w trofea przygodę z piłką. Na szacunek kibiców nie musiał długo pracować. Bo lata płyną, a jego charakter się nie zmienia.

Po bokach Bartkowski czy Pietrzak. Gracze, którzy nie zawojowali Ekstraklasy. Przy pierwszym podejściu się od niej odbili. Teraz nadszedł ich czas i z meczu na mecz udowadniają, że potrafią. Solidni gracze z I ligi mogą z powodzeniem grać poziom wyżej. Obaj to pracusie. Nie wrzucają ze skrzydła na nos, nie mijają zwodami po trzech zawodników. Natomiast biegają od linii do linii. Pietrzak ma dobrze ułożoną lewą nogę i ze stałego fragmentu gry potrafi zaskoczyć rywala. Bartkowski daleko wrzuca z autu. Drobnostki, ale wypracowane przez lata treningów. Być może gdyby nie te atuty nie wyróżniliby się na zapleczu i nie dostaliby szansy w Ekstraklasie. Zestawienie zamyka Dawid Kort. Autorski pomysł trenera Stolarczyka. Chłopak, który nie rozwinął skrzydeł w Szczecinie, ale najwyraźniej krakowskie powietrze dobrze na niego wpływa. Kluczowa postać w kontekście dwóch ostatnich zwycięstw.

Oczywiście, są też obcokrajowcy. Basha i Imaz. Im się nie udało odjeść. Są szczerzy, nie okłamują nikogo, sami wprost mówią o tym w wywiadach. Zostało im tutaj pół, góra rok grania. Jeśli chcą trafić do lepszego zespołu, to musi być ich najlepszy okres w karierze. Pierwszy stracił poprzedni rok w gabinetach lekarzy, drugi był schowany w cieniu Carlitosa. Mogą wywalczyć naprawdę dobre oferty. Równa, dobra forma do grudnia i nikt nie stanie im na przeszkodzie. Wszyscy wiedzą, w jakiej sytuacji jest Wisła. Bez czarowania się.

Martin Kostal

To znaczy, jest ktoś, kto czaruje. To Martin Kostal. Chłopak, który ściągnie jeszcze wielu kibiców na stadiony. Do bólu efektywny. Zabójczo skuteczny. Po każdym kontakcie z piłką dokładnie wie co z nią zrobić. Cały czas z podniesioną głową, nawet kiedy wbiega w pole karne przeciwnika. Wie, kiedy trzeba oddać futbolówkę. Kiedy trzeba wdać się w drybling. Kiedy dograć, kiedy uderzyć. Po raz pierwszy od 2004 roku zawodnik Wisły zalicza dwa mecze z rzędu z dwiema asystami. A jeszcze dorzucił do tego premierowe trafienie. Piłkarski czarodziej i objawienie tego lata. Ze stażysty do aktora pierwszoplanowego.

Oprócz niego są jeszcze i najmłodsi: Marcin Grabowski (18-latek, który rozstał się z Lechem i wczoraj zadebiutował), nadzieja Wisły i na ten moment największe jej rozczarowanie – Kamil Wojtkowski, Marko Kolar, o którym prezes Dynama Zagrzeb kilka lat mówił, że zostanie napastnikiem na światowym poziomie. Halilovic czy Arsenic, których potencjał przewyższa średnią ligową i potrzebują tego sezonu, by wyruszyć w poważny, piłkarski świat. Każdemu z osobna kibicujesz. Głupio wierzysz, że może jeszcze kiedyś zobaczysz ich występujących w dużym, europejskim zespole. Dzisiaj kadra Wisły jest bardzo dobrze zbilansowana. Są wyjadacze, ludzie z odpowiednim doświadczeniem (Boguski, Małecki, Wasyl, Sadlok czy Ondrasek), solidni ligowcy, którzy mogą jeszcze pograć parę lat na tym poziomie (Bartkowski, Pietrzak, Kort, Buchalik, Arsenić) i młodzi (Halilovic, Wojtkowski, Kolar) pukający do drzwi z tabliczką pierwszy zespół.

Krakowska piłka

Nareszcie mamy do czynienia z zespołem. Dobrze naoliwioną maszyną. Bez jednej gwiazdy, ale z 11 zawodnikami, z których każdy coś wnosi. Pracuje dla dobra drużyny. Jest jej ważną częścią. To się ogląda z nieskrywaną przyjemnością.  Kibice, coraz liczniej przychodzący na Reymonta 22, znów stali się widzami piłkarskich spektakli w wykonaniu piłkarzy Białej Gwiazdy.  Po wielu latach krakowska piłka powróciła do domu. Oby nikt jej stąd już nie wypędził. Przedstawienie musi trwać.

Futbolowy entuzjasta i amator najlepszej ligi świata.

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Pismo Kibiców