Obserwuj nas

Felietony

Najgorsze miejsce do oglądania meczu? Stadion.

wisla krakow stadion

Ten tytuł to profanacja. Zgadzam się! Trzeba mieć naprawdę dużo odwagi, by w ogóle coś takiego napisać. Ledwo wystukałem te kilkanaście literek. Stało się, a teraz pójdę krok dalej i spróbuję udowodnić, że aż tak bardzo się nie mylę i że stadion, to w dzisiejszych czasach naprawdę najgorsze miejsce do oglądania meczu.

Zacznę od tego, że gdybym miał wybierać między oglądaniem meczu na stadionie, a w telewizji, to oczywiście wybrałbym to pierwsze. Jak każdy z nas. Nie mogę jednak pozostać ślepym i nie zauważyć, jak wiele brakuje, by oglądanie meczu na żywo było komfortowe. Dlatego dzisiaj trochę ponarzekam. A może ponarzekamy, bo wierzę, że i dla Was ten temat jest jakimś stopniu bliski.

Po pierwsze VAR

Spotkało nas duże szczęście, że możliwość oglądania powtórek przez sędziów, została tak wcześnie w Ekstraklasie wprowadzona. Natomiast nie jestem w stanie zrozumieć, jak to jest, że po roku używania tej technologii, nikt nie pomyślał o ludziach siedzących na stadionie. Sędzia dostaje komunikat z wozu, rozmawia z asystentami. Kibice na trybunach są pozostawieni sami sobie, nie dostają żadnej informacji związanej z analizowaną sytuacją. Później sędzia podchodzi do monitora (mógłby podchodzić od razu, ale ewidentnie nie spieszy mu się na pomeczowy tramwaj) i ogląda przez kolejne dwie minuty.

O tym, dlaczego arbiter postanowił podyktować rzut karny, można dowiedzieć się dopiero w domu. Te 3-4 minuty, które w transmisji są wykorzystywane do pokazywania powtórek i ich analizy, można byłoby dużo lepiej zagospodarować. Z pomocą powinien przychodzić stosowny komentarz na telebimie albo spiker tłumaczący interwencję wozu VAR. Inna sprawa, że niektórych decyzji sędziowskich w naszej nikt nie potrafi do końca wyjaśnić…

Po drugie terminarz

To nie koniec niedogodności związanych z przychodzeniem na sportowe areny w naszym kraju. O tym, że  jesteśmy pod telewizyjną dyktaturą, świadczy pora rozgrywania meczów. Mecze grudniowe, a później marcowe, odbywające się o 20:30 to przecież skandal. Podczas zimowych wieczorów temperatury spadają nierzadko poniżej zera. Czy naprawdę nie dałoby się rozgrywać jednego spotkania o przykładowej 13? Wszystkie najpopularniejsze ligi świata nie mają z tym problemu i granie do kotleta — nawet tych najlepszych — jest czymś zupełnie normalnym.

W październiku w Premiership o godzinie 13:00 zmierzy się na przykład Chelsea z United. Dokładnie o tej samej porze, na murawę w Hiszpanii wybiegną piłkarze galaktycznego Realu Madryt. Czyli jak widać: można! Warto też odnotować, że wieczorowa godzina wyklucza udział dzieci, które przezorni rodzice, zostawiają w domu. No ale może to i z pożytkiem dla nich, bo nie będą musiały oglądać ekstraklasowej kopaniny i wysłuchiwać festiwalu język godnego rynsztoka.

Po trzecie czas gry.

Kolejną zagadką jest liczenie czasu. Podczas telewizyjnej transmisji zawsze wiemy, ile czasu pozostało do końca spotkania. Na trybunach tylko do 90 minuty, kiedy to w najważniejszym momencie meczu, stadionowy zegar się zatrzymuje. Dlaczego? Zgodnie z regulaminem PZPN, nie wolno odmierzać doliczonego czasu. Powodem jest chęć uniknięcia wywoływania nerwowych reakcji widzów. To absurd, bo przecież człowiek dużo bardziej się denerwuje, kiedy czegoś nie wie. Jednak piłkarska grupa decyzyjna twardo trzyma się swojej argumentacji i nie zamierza wprowadzać zmian. Szczęśliwi czasu nie liczą? W Polskim Związku Piłki Nożnej zdecydowanie tak.

Po czwarte

Dorzucam ostatnią, najbardziej abstrakcyjną kwestię wartą poruszenia. W zasadzie można ją zakwalifikować do listy życzeń noworocznych. Powtórki symulowanych fauli przez graczy puszczane na stadionowym telebimie. Wyobrażacie sobie minę delikwenta, który musiałby oglądać — wraz z całą zgromadzoną publicznością — swoje perfidne oszustwo? Jego zażenowanie, gdy kilkanaście tysięcy par oczu oglądałoby, jak udawał, że został uderzony w twarz? Byłaby to lekcja pokory, której nie dałoby się zafundować w żadnym innym miejscu na świecie. Może brutalnie, ale sami powiedźcie czy jest lepsza recepta na wyplenienie takich praktyk?

Najgorsze miejsce do oglądania meczu

Naprawdę nie domagam się, nie wiadomo czego. No może poza ostatnim punktem, rodem z piłkarskiego science fiction. Jednak pozostałe niedogodności można byłoby naprawdę szybko rozwiązać. Wystarczyłoby jedynie wykazać się chęcią zmian i akceptacją, że te zmiany są potrzebne. Kto wie, czy zmiana pory rozgrywania meczu na wcześniejszą, nie przeniosłaby ludzi z kanapy na trybuny? Mogliby miło spędzić weekendowe popołudnia, nie rezygnując przy tym z piątkowych imprez czy sobotnich wesel?

Zdaje sobie sprawę, że jak długo telewizja swoimi pieniędzmi będzie utrzymywać polskie kluby przy życiu, tak długo będą musiały one skrupulatnie godzić się na nawet najbardziej absurdalne pomysły. Natomiast może nowemu posiadaczowi praw do Ekstraklasy (wszak przetarg już w zimie) bardziej będzie zależeć na zapełnianiu stadionów? Pozostaje mieć nadzieję, że w coraz bardziej cyfrowym świecie nie zapomnimy o najważniejszym elemencie piłki nożnej, czyli o kibicach na stadionie.

Futbolowy entuzjasta i amator najlepszej ligi świata.

1 komentarz

1 komentarz

  1. Malvo

    29 września w 19:00

    Strzał w 10

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Felietony