
Jaką wartość dla kibica przedstawia rodzima Ekstraklasa? Produkt pięknie opakowany, pokazywany tak, że piłkarski laik krzyknie: Wow! Po bliższym poznaniu ten zachwyt zamienia się w stan określany słowem ogólnie przyjętym za obraźliwe. Dlaczego? Dokąd zmierza Ekstraklasa?
Puchary i… krytyka?
Polskie kluby jak zwykle zakończyły w błyskawicznym tempie rozgrywki w europejskich pucharach. Niepoprawni optymiści prześcigali się w hasłach w stylu: Jaga walczyła z belgijskim Gent jak równy z równym. W którym momencie dwumeczu? Ciężko przypomnieć sobie taki. Chyba ktoś, kto pragnie oglądać polskie kluby przez różowe okulary, widział to w taki sposób.
Rywalizacja z przedstawicielami nie najsilniejszej przecież ligi belgijskiej pokazała, że piłka nożna w wykonaniu naszych ligowców to zupełnie inna dyscyplina sportu. Genk i Gent uświadomiły wszystkim, w jakim miejscu jest nasza klubowa „kopana”, a raczej już niemiłosiernie od lat „skopywana” przez kogo popadnie.
Dudelange. Ta nazwa powinna się śnić po nocach graczom Legii Warszawa do końca życia, jeżeli oczywiście mają jeszcze jakiekolwiek sportowe ambicje. Amatorska drużyna z Luksemburga odprawiła z kwitkiem gwiazdorów (przepraszam za wyrażenie) z Łazienkowskiej. W piłkarskim światku słychać było oburzenie, odsądzanie od czci i wiary, wyszydzanie i Bóg wie co jeszcze. Deliberowano, dyskutowano, nagrywano różne prawdy futbolu na YouTube, szukając tej najprawdziwszej. Kilku tzw. influencerów (nowe, nic niewnoszące określenie) używało magicznego słowa „Coś”. Coś trzeba zrobić, coś przeoczono, coś jest nie tak. I tyle, krytyka rozpłynęła się w powietrzu, za rok znów zakończymy rozgrywki europejskie jeszcze podczas wakacji. A ci sami panowie z pewnością będą znów opowiadać dyrdymały.
Temat został oddalony jak podanie do najbliższego partnera na boisku. Niech się martwi, a my mamy czyste papcie. Pogadaliśmy sobie, mamy lajki w social mediach i kilka tysięcy nowych subskrybentów. Przeglądając różne portale piłkarskie, zauważyłem, że kibicom, takim najzwyklejszym, na serio leży na sercu dobro polskiej piłki. Często więc pytają w komentarzach: To wszystko? Już pogadaliście sobie i koniec?
Nie wiem, być może tak jest po prostu wszystkim wygodniej. Po co krytykować, drążyć, atakować kluby? Niech w spokoju prowadzą swoją politykę: Im więcej obcokrajowców w składzie, tym lepiej.
Zagraniczny zaciąg
Przepłacani obcokrajowcy, nie boję się mówić tego głośno, to największa bolączka Ekstraklasy. Ściągani tutaj przez różnego rodzaju managerów, skautów i kogo tam jeszcze przyciągnie chęć zarobienia kilku euro. Zdarzają się piłkarze, choć to za duże słowo, sprowadzeni po obejrzeniu kilku filmików w internecie przez klubowych decydentów. Żenada to za słabe słowo określające ten trwający już od kilku lat proceder.
Oczywiście, większość lig europejskich posiłkuje się cudzoziemcami. To jest nieuniknione. Jednak w naszej rodzimej Ekstraklasie dziwnym trendem się stało powierzanie czołowych ról graczom, którzy kompletnie do tego nie są predysponowani. Często przedstawiają żałosny poziom przygotowania, a płaca, jaką otrzymują, woła o pomstę do nieba.
Może będę naiwny w swoich sądach, ale jako kibic wolałbym, aby część środków w rozsądny sposób przeznaczyć na szkolenie młodych adeptów futbolu, których potem tak brakuje w składach naszych klubów. W większości przypadków z prozaicznego powodu. Wielu z nich kończy z graniem w piłkę, bo nie widzi szans w wygraniu rywalizacji z zagranicznym graczem.
Dokąd zmierza Ekstraklasa?
Tu i teraz liczy się tylko wynik i bojący się o swoje posady trenerzy, nie ryzykują dawaniem szans młodzieżowcom. Jeśli nawet, to jest ich niewielu. Więc dalej będziemy oglądać statystyki mówiące, że w kadrze zespołu jest 17 obcokrajowców. A jeśli ten klub rok w rok walczy o tytuł mistrza Polski, czyli broni się wynikami i jest miło i droga słuszna, więc dawać następnych w zimowym okienku transferowym.
Oczywiście, słabość rodzimej ligowej piłki, to nie tylko te czynniki wymienione wyżej, ale dziś na nich się skupiłem. Rozmawiając z wieloma sympatykami futbolu, da się wyczuć, że nie nabierają się już na wątpliwej jakości poziom. Frekwencja na meczach coraz mniejsza, choć zdarzają się spotkania, które zapełniają trybuny w większym stopniu. Ale coraz więcej tam pustych miejsc.
Czyżby polski kibic miał już dość tej pięknie opakowanej piłkarskiej lipy?
Odpowiedz jest prosta…