Obserwuj nas

Felietony

Nadzieja umiera ostatnia – czyli droga do „raju” przez Glasgow

Czemu matematyka nie ma prawa działać w piłce nożnej i jak pokazać, że mecz meczowi jest nierówny? Prostym przykładem był czwartkowy mecz Ligi Europy, gdzie po wcześniejszych meczach jedna z drużyn już przed początkiem spotkania była spisana na straty.

Vuko vs Gerrard

W ostatnich tygodniach gra Legii Warszawa nie napawała optymizmem przed pierwszym z dwóch starć o Europę. Co było powodem tych obaw? Wystarczy obejrzeć, którykolwiek z meczów „Wojskowych” w drodze do wielkich pieniędzy, jakie daje Liga Europy. Każdy rywal do tej pory, nie wymagał okropnego wysiłku pod względem analiz taktycznych oraz odpowiedniego przygotowania motorycznego. Wymieniając nazwy tych drużyn, pierwsze słowa typowego niedzielnego kibica, które przychodziły do głowy – „Kto to w ogóle jest? To będzie łatwy spacerek dla Legii…” Jak było każdy widział… Jednak jedno trzeba stołecznemu zespołowi przyznać. Mimo tego, iż rywale nie byli z najwyższej półki, to brak straty gola w 3 spotkaniach robił pozytywne wrażenie. Kazimierz Górski powiedział kiedyś „Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już nie jest szczęście”.

A co w tym czasie było słychać u podopiecznych legendy Liverpoolu? Pewni swoich umiejętności rozpoczęli wyścig z rywalami zza miedzy, którzy są jedynym poważnym zagrożeniem w walce o tytuł szkockiej Premiership. W Europie natomiast „The Gers” również nie mieli najmniejszego problemu z przejściem przez wszystkie rundy. Po drodze spuszczając łomot w dwumeczu chociażby wicemistrzowi Danii – Midtjylland. Z nim – jak wszyscy pamiętamy – cztery lata temu, Legia potrafiła przegrać w grupie wspomnianej Ligi Europy.

Bitwa na Ł3

Przechodząc do samego spotkania, a właściwie do wyjściowych składów jakie obaj trenerzy wystawili na pierwszą część batalii o Europę. Steven Gerrard dokonał tylko jednej zmiany w porównaniu do meczu z Midtjylland, środkowego pomocnika Camare zamienił Aribo. W składzie „Wojskowych” dalej nieugięta twarda ręka serbskiego trenera, który po raz kolejny zaufał młodemu Kulenoviciowi, oddelegowując na ławkę rezerwowych Carlitosa. Gdy zobaczyłem na pierwszą jedenastkę Legii, miałem pewne obawy co do boków obrony, gdzie grał Stolarski oraz Luis Rocha. Skąd to zwątpienie w nich? O ile Rocha już w pierwszej połowie, mógł popisać się asystą do Kulenovicia, to prawy defensor warszawskiej drużyny nie radził sobie zbytnio z niesamowicie szybkim Ojo. Angielski piłkarz nigeryjskiego pochodzenia z dziecinną łatwością mijał Stolarskiego puszczając sobie piłkę z jednej strony, a obiegając z drugiej. W przodzie najwięcej wiatru robił nowy nabytek Legii – Luquinhas, który raz mógł zdobyć nawet bramkę, jednak piłkę do boku sparował McGregor.

Można było się nieco zdziwić, ponieważ większość osób skazywało naszego jedynaka w europejskich pucharach na sromotne lanie od szkockiego giganta. Jednak oglądając pierwszą połowę spotkania, Rangersi, owszem mieli swoje sytuacje bramkowe, ale nie były to czyste „setki”. Legia grała, jak równy z równym. Być może to Rangersi przyzwyczaili się do stylu gry jaki prezentowała polska drużyna albo „The Gers” nie są aż tak groźni, jak ich malują.

Mecz dla koneserów

Po pierwszej połowie miałem ogromną nadzieję, że skuteczna gra na zero z tyłu ze strony gospodarzy w końcu przyniesie bramkę. Największe zagrożenie Legia ostatnio stwarzała ze stałych fragmentów gry. I dużo się nie pomyliłem, ponieważ Gwilia doskonale bił tego dnia rzuty rożne i po jednym z nich mało brakowało, żeby Igor Lewczuk wpisał się na listę strzelców. Poza tym Morelos miał ogromne trudności, żeby pokonać obrońcę tego dnia. Kolumbijczyk raczej  za swoją ofiarę, aby zdobyć bramkę wybrał kapitana wicemistrza Polski – Jędrzejczyka. Właśnie po jednej z akcji Rangersów, Jędrzejczyk kompletnie zgubił krycie Morelosa, który nie wykorzystał kapitalnej sytuacji na zdobycie cennej bramki na wyjeździe.

Dla mnie wielką niewiadomą była pierwsza zmiana trenera Vukovicia, gdzie za całkiem nieźle grającego Cafu wprowadza Antolicia. Najwidoczniej taki plan ma Vuković identycznie jak z sytuacją z Carlitosem. Jednakże największą żenadą, nie była gra Legii.. Była to sytuacja, kiedy piłkarz, który był najlepszym strzelcem Legii w poprzednim sezonie zaczął się rozgrzewać w koszulce meczowej i po kilkudziesięciu minutach usiadł z powrotem na ławce..

Nadzieja umiera ostatnia…

Patrząc na całokształt tego spotkania, można śmiało rzec, że Rangersi są drużyną do pokonania. Największym zagrożeniem w tym spotkaniu była szybkość napastników oraz dobre dośrodkowania Taverniera. Jednak najważniejszym atutem dla Szkotów będzie własny stadion. Myślę, że zapełni się on do ostatniego możliwego krzesełka. Legia musi wejść pewnie w spotkanie i przede wszystkim nie zważać na to, co dzieje się dookoła. Być może znowu wystąpią niezrozumiałe decyzje kadrowe  Vukovicia, jednak dajmy mu szansę. Będziemy go rozliczać z tego co osiągnie lub co zaprzepaści. Niektórzy mówią, że „Nadzieja jest matką głupich”, jednak ja trzymam się tego, że „Nadzieja umiera ostatnia”.

 

 

Kliknij by skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Reklama

Musisz zobaczyć

Więcej z Felietony