Connect with us

Felietony

Tak blisko, a tak daleko #NaChłodno

wisła kraków tęcza

Za każdym razem to samo. Za każdym razem, kiedy jesteś tak blisko, nagle coś się pieprzy i po prostu zostajesz z niczym. Podejrzewam, że właśnie takie myśli mieli piłkarze i wszyscy kibice Wisły Kraków po piątkowym meczu z Górnikiem Zabrze. Dziesiąta ligowa porażka z rzędu, to coś, czego długo nikt nie zapomni. I nie chodzi już o styl tych porażek, bo ostanie trzy spotkania powinny wzbogacić konto Wisły o 5-7  (?) punktów. No, ale za poprawną grę nikt przecież punktów nie daje. Czego jeszcze oprócz szczęścia brakuje Wiśle? Postaram się wam to zaraz wyjaśnić.

Uzależnieni

Wisła wydaje się być uzależniona od dwóch zawodników: Pawła Brożka i Jakuba Błaszczykowskiego. Póki ci dwaj byli na boisku w Zabrzu, Wisła prowadziła. Później, jak wszyscy wiemy, straciła trzy bramki w piętnaście minut. Powiedzieć, że „Białą Gwiazda”  przegrała ten mecz zmianami, to tak naprawdę nie powiedzieć nic! Niestety, ale jeśli zespól jest uzależniony od dwóch graczy, którzy mają odpowiednio trzydzieści sześć i trzydzieści trzy lata, to ciężko jest przez całe spotkanie dominować czy nawet je wygrać.

Powrót Brożka

Przełamał się w końcu Paweł Brożek. Swoją ostatnią bramkę zdobył w meczu z Wisłą Płock, który Wisła z Krakowa przegrała (1:2). Cieszy mnie fakt, że Brożek kolejny raz udowadnia, że mimo tych trzydziestu sześciu wiosen na karku ma w sobie to coś, co pozwala być lepszym od obrońców rywali. Martwi mnie jedynie, że pozostali napastnicy są daleko za nim. Na początku sezonu śmiało do pierwszej drużyny pukał Aleksander Buksa. Ba! Nawet zdobył bramkę w przegranym spotkaniu z Jagiellonią. Szkoda tylko, że kontuzja kostki spowodowała, że nagle musiał przestać trenować. Teraz potrzebuje czasu, żeby udowodnić, że potrafi trafiać do siatki. Wracając do Brożka. Daj Panie Boże, żeby ten zawodnik wytrzymał fizycznie do końca sezonu. Chyba, że Wisła sprowadzi zimą napastnika, który będzie mógł odciążyć „wiecznie młody talent”. Wiemy o kim mowa.

Dziurawa obrona

Owszem. Napastnik Wiśle jest potrzebny, jak rybie woda, ale największa katastrofa jest w formacji obronnej. Trzydzieści trzy stracone bramki w osiemnastu spotkaniach? To chyba mówi najlepiej, gdzie trzeba w zimie się wzmocnić. Wiemy już, że nasza drużyna nie jest w stanie iść na wymianę ciosów z rywalami, więc sprowadzenie jednego lub dwóch dobrych defensorów jest konieczne. Tak. aby w przypadku prowadzania, zabezpieczyć tyły i mieć większy spokój niż dotychczas.

Swoją drogą mecz w Zabrzu pokazał, jak mało trzeba, żeby drużyna, która jest w kryzysie posypała się, jak domek z kart. Wystarczyło wbić Wiśle bramkę na 2:2, a później było wiadome, że coś się w obronie popsuje. I co? I tak się stało. Niestety, ale oglądając to spotkanie byłem pełen nadziei. Bo niby co się może stać, jak się prowadzi 2:1? No właśnie. Z drużyną Wisły może się stać dosłownie wszystko! Człowiek ogląda te mecze i na końcu – po kolejnej porażce – może powiedzieć tylko jedno :„I tak w kółko do za*****ia.”

Komu potrzebny VAR?

Pamiętacie chłopca z Madrytu trzymającego kartkę ze zdaniem: „Who needs Ronaldo?”. Ja pamiętam. Tylko, że rok temu Real cierpiał bez Portugalczyka, więc to zdanie nie miało wtedy sensu. Wróćmy jednak do systemu VAR. Rozumiem, że nie jest on jeszcze dopracowany w 100%. Jednak sytuacja, w której Janicki zdobywa bramkę na 2:0, a później zostaje odgwizdany spalony, jest co najmniej sporna. Jedni twierdzą, że piłkę najpierw dotknął Klemenz, a następnie Matras, a drudzy, że obrońca Wisły nawet jej nie musnął. Jeśli faktycznie było tak, że piłkarz „Białej Gwiazdy” nie miał kontaktu z piłką, to bramka powinna być uznana. A wy, co sądzicie o tym wszystkim?

 

Plusy są, ale małe

Nie mogę tylko ganić piłkarzy Wisły za to piątkowe spotkanie. Gdzieś coś ruszyło i najmniejsze problemy zostały zaleczone. Wróciła przynajmniej część skuteczności i gdyby tylko udało się dołożyć cegiełkę, która nazywa się obrona, to Wisła dzisiaj cieszyłaby się z pierwszych trzech punktów w Ekstraklasie od 31 sierpnia. Ale niestety zawsze czegoś brakuje i najczęściej jest to dobra gra formacji defensywnej, której zawodnicy często popełniają błędy juniorskie. Jeśli nagle cały blok obronny nie zacznie funkcjonować lepiej niż do tej pory, to „Biała Gwiazda” może tylko pomarzyć o sześciu punktach w dwóch ostatnich spotkaniach tej rundy. A łatwo nie będzie, bo w najbliższy piątek na Reymonta przyjeżdża mocna Pogoń, a 19. grudnia krakowianie udadzą się do Łodzi na mecz z ŁKS, czyli na kolejne spotkanie o tzw. „sześć oczek”.

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Felietony