Connect with us

Felietony

I wtedy dośrodkowywał Mladenović…

Derby Polski, Polskie El Klasiko, Paździerz Polski? W niedzielę zmierzyły się zespoły, które mocno aspirowały do gry w europejskich pucharach. Niestety, tylko Lech Poznań zdołał dostać się do „ziemi obiecanej” dla polskiego futbolu. Legia Warszawa po fatalnych meczach z Omonią Nikozja i Karabachem Agdam musiała pożegnać się z marzeniami o hymnach Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy. W niedzielę był to sprawdzian, czy drużyna, która gra dobrze w pucharach potrafi utrzymać poziom w lidze.

Dzień meczowy bez korony to dzień stracony

Czy w ogóle ktoś był zdziwiony, że przed najbardziej prestiżowym meczem w Polsce kilku zawodników zostało wykluczonych przez wirusa? Ja także nie byłem. Do grona wyizolowanych osób dołączył Tomas Pekhart. Pamiętamy zdarzenia z meczu wyjazdowego z Wartą Poznań. Po meczu niefortunna wypowiedź trenera Czesława Michniewicza i w mediach zawrzało. Twitter płonął od różnych propozycji rozstrzygnięcia meczu w Grodzisku Wielkopolskim. W końcowym rozrachunku Legia odizolowała dwóch piłkarzy i wróciła normalnie do stolicy.

https://twitter.com/LegiaWarszawa/status/1325417648889487365

Czesław Michniewicz nie mógł skorzystać m.in. z Bartosza Slisza, Domagoja Antolicia, Michała Karbownika oraz co najgorsze najlepszego strzelca stołecznej drużyny. Pekhart pomimo negatywnego wyniku testu pozostał w izolacji i w tym tygodniu wróci już do normalnych zajęć treningowych. Była to ogromna strata w szeregach mistrzów Polski. Do dyspozycji trener wśród napastników miał Macieja Rosołka, Rafaela Lopesa oraz młodego Szymona Włodarczyka.

Juranović coś Ty…

Ostatecznie Czesław Michniewicz postawił (ze względu na przepis młodzieżowca) na Macieja Rosołka jako najbardziej wysuniętego zawodnika. Reszta? Bardzo mocno okrojona kadra, można powiedzieć, że mocno rezerwowy skład zastał nasz przedsawiciel w Lidze Europy. Lech natomiast nie przebierał w zawodnikach, wystawił to co miał najlepsze.

Pierwsza połowa była bardzo dziwna. Zarówno jedni, jak i drudzy mieli swojego okazje. Jednak, żadna z drużyn nie postawiła postawić kropki nad „i”.  Wyglądało to jakby obie drużyny umówiły się, kto w danej sytuacji ma atakować. Świetną szansę miał Ishak po dograniu Tiby. No, ale Ishak jak to typowy napastnik szukał strzału, a nie podania do lepiej ustawionego kolegi. Jednak większego „asa” w swoich szeregach miała Legia. Gwilia po pierwszej połowie był zawodnikiem do zmiany. Gdyby to na jego miejscu w sytuacjach bramkowych był Pekhart, jestem pewien, że jedna z trzech okazji zakończyłaby się bramką. Po raz kolejny Gruzin nie potrafi porządnie dostawić nogi i poważnie zagrozić przyjezdnym. Na osłodę zostawiam piękne podanie, sprawdzające umiejętności gry głową Boruca…

Podsumowaniem złej gry gospodarzy był sposób, w jaki stracili bramkę. Zaczęło się od złego wybicia (?) Mladenovicia. Później Ramirez w bardzo łatwy sposób ogrywa Jędrzejczyka, który niestety ale fatalnie idzie w pierwsze tempo. A przecież klasyczna podpowiedź trenerska brzmi: „- Nie na raz, ku*wa!”. Jakby tego było mało Hiszpan podał wzdłuż bramki Boruca, a wtedy wchodzi on… Cały na biało… Josip Juranović. Co chciał zrobić w tej sytuacji? Podać ? Przyjąć? Dorównać bramce Gorgona? Tego chyba on sam nie wiem… Chorwat podaniem skierował piłkę do własnej bramki. Kto lepszy Gorgon czy Juranović ? No jednak stawiałbym na zawodnika Pogoni Szczecin.

Od tego momentu mecz siadł. Lechowi wystarczyło jednobramkowe prowadzenie, a Legia wcale nie kwapiła się do odrabiania strat. Możemy chociażby potwierdzić to „cudownym” powrotem Valencii za Alanem Czerwińskim. Aż nie chce wiedzieć jaką „suszarkę” w szatni dostał od Artura Boruca. Nie wiem o czym Ekwadorczyk myślał, ale na pewno nie o tym aby doprowadzić do remisu.

Debiut marzenie

Legia na drugą połowę wyszła zdecydowanie bardziej zdeterminowana. Czesław Michniewicz od razu zareagował zmianą w przerwie. W nagrodę za „powrót roku w Ekstraklasie” boisko opuścił bardzo słabo grający Valencia, a w jego miejsce wszedł Rafael Lopes. Legia wyszła zdecydowanych pressingiem, lecz to Skóraś z Lecha mógł podwyższyć prowadzenie na 0:2 dla Lecha. Z minuty na minutę rozkręcał się Bartosz Kapustka i to właśnie po jego przejęciu w 56. minucie spotkania stworzyła się idealna okazja do wyrównania. Były zawodnik Leicester City dograł do prawego skrzydła, a tam Paweł Wszołek zszedł na lewą nogę i minimalnie przeniósł piłkę nad poprzeczką.

W końcu nadszedł przełom. W 59. minucie niektórzy łapali się za głowy i szybko w wyszukiwarkę wklepywali nazwisko „Skibicki”. Czemu? Bo to właśnie w jemu zaufał trener stołecznej drużyny. Zmienił on Rosołka, który ewidentnie nie miał swojego dnia. Widać, że w niektórych sytuacjach brakowało mu ogrania oraz troszeczkę zimnej krwi.  Zmiana troszkę zaskakująca, ponieważ na ławce siedział również Szymon Włodarczyk, który strzela bramkę za bramką w rezerwach Legii. Natomiast Skibicki w 3 lidze niczym specjalnym się nie wyróżniał – 371 minut na boisku i jedna bramka.

Swój debiut z Lechem Poznań w poprzednim sezonie zaliczał właśnie Rosołek. Wszyscy pamiętają piękny moment, kiedy to młodzieżowiec zapewniał 3 punkty w końcówce spotkania. Skibicki postanowił nie być gorszy. W 67. minucie spotkania, dostał świetne podanie od dobrze grającego tego dnia Wszołka i pięknym strzałem pokonał Bednarka. W takiej sytuacji można napisać tylko jedno… Historia lubi się powtarzać.

 

Król Artur i jego rycerz Rafael Lopes

Od momentu strzelenia bramki Legia wrzuciła wyższy bieg. Wejście Skibickiego ożywiło akcje ofensywne gospodarzy. Fantastyczną okazję do wyjścia na prowadzenie miał Lopes. W kontrataku 2 na 1 fatalnie zepsuł podanie do swojego kolegi. Choć fatalnie to zdecydowanie za mało powiedziane. Każdy oglądający ten mecz miał wrażenie, że Lopes raczej chciał trafić w obrońcę Lecha, a nie go ominąć.

Również swoje szanse na wyrwanie kompletu punktów z Warszawy miał Lech. Jednak dwukrotnie w krótkim odstępie czasu fantastycznymi interwencjami popisał się Artur Boruc. Czy to przy strzale Skórasia, czy przy główce Ishaka, pokazał że nadal potrafi kapitalnie ratować swoją drużynę w opałach.

I kiedy każdy już myślał, że wielkie derby Polski zakończą się podziałem punktów nadszedł doliczony czas gry. Chyba wszyscy kibice obu drużyn pamiętają dośrodkowanie Hlouska i główkę Hamalainena decydującą o wyniku meczu na Bułgarskiej. Kiedyś internet obiegały memy „A w polu karnym był Hamalainen”, czas więc zmienić nieco jedno nazwisko. Skibicki po bramce niczym nie odstawał od kolegów z zespołu, a mało tego nawet brał udział w zwycięskiej akcji bramkowej. Piłka dotarła na lewe skrzydło do Mladenovicia, a ten… zrobił co umie najlepiej. Dośrodkował idealnie na głowę Lopesa, który zdobył debiutanckiego gola w barwach mistrzów Polski. Zaczął się szał radości w Warszawie, a Szymon Marciniak chwilę potem zakończył zawody.

O ile z obrony Lecha warto pochwalić Rogne i Czerwińskiego, którzy rozgrywali zawody na poziomie reprezentacyjnym, to ostatnia akcja to kuriozum. Nagle, gdy Serb wrzucał piłkę w pole karne był tylko jeden obrońca Lecha (Rogne) kryjący indywidualnie Portugalczyka. No właśnie, a gdzie była reszta? Bardzo dobre pytanie, bo wyglądało to jakby zawodnicy gości chcieli postawić wszystko na jedną kartę. A krycie kapitana Lecha? Gdyby był remis, to mówilibyśmy o solidnym występie defensora poznańskiego zespołu. Jednak to w jaki sposób krył powietrze w ostatniej akcji meczu było przepiękne. I cóż Lech Poznań nadal musi czekać na zwycięstwo przy Łazienkowskiej, ale trzeba przyznać, że końcówki mają iście beznadziejne. Jak nie Hamalainen, to Lopes.

Lopes na ustach wszystkich, Boruc cichym bohaterem

Po zobaczeniu składu Legii brałem remis w ciemno. Wiedziałem, że aby odnieść zwycięstwo z mocno podbudowanym Lechem (zwycięstwo ze Standardem Liege) trzeba będzie dać nieco więcej z wątroby niż zawsze. Pierwsza połowa była mocno średnio/słaba w wykonaniu gospodarzy. A pierwszymi zawodnikami, którzy powinni opuścić plac gry byli Valencia i Gwilia. Choć nawet jak wynik był niekorzystny, nie było żadnego lagowania. Mądra i konsekwentna gra do przodu to może bardzo cieszyć.

Pierwszy nadal szuka optymalnej formy z Piasta. Podejrzewam, że jeszcze bardzo długo jej nie znajdzie, jeśli będzie tak pracował na treningach jak wracał za Czerwińskim… Bez charakteru, bez jakiejolwiek kreatywności, bez żadnej groźnej akcji ofensywnej. Drugi natomiast znów nie potrafił wykorzystać sytuacji bramkowych, a podsumowaniem jego gry było zagranie do Boruca. Ekwadorczyk zszedł już po 45 minutach, jednak Gwilia dostał o 20 minut za dużo.

Duży plus warto zaznaczyć przy nazwisku Kapustki. Takiego byłego reprezentanta Polski chcemy w Legii oglądać. Szukający przestrzeni i starający się przerwać akcję już na połowie przeciwnika. Bardzo dobre zawody. Bohaterem spotkania można określić Skibickiego, który brał udział przy dwóch bramkach. Jednak moim cichym bohaterem jest Artur Boruc. Po raz kolejny udowodnił, że jego wartość jest nieoceniona dla Legii. Kapitalnie dwa razy uratował drużynę przed stratą bramki. I twierdzę, iż gdyby jedna z tych piłek wpadła do siatki. Legia nie zdołałaby odrobić strat.

Legia Warszawa – Lech Poznań 2:1 (0:1)

Gole: Skibicki (67’), Lopes (93’) – Juranović sam. (30’)

Legia Warszawa: Boruc – Juranović, Lewczuk (ŻK), Jędrzejczyk, Mladenović – Gvilia (Luquinhas 63’), Martins, Kapustka – Wszołek, Rosołek (Skibicki 59’), Valencia (Lopes 46’)

Rezerwowi: Miszta, Stolarski, Rocha, Wieteska, Cholewiak, Luquinhas, Skibicki, Włodarczyk, Lopes

Lech Poznań: Bednarek – Czerwiński, Šatka, Rogne, Puchacz – Sýkora, Tiba, Moder, Kamiński (Skóraś 33’) – Ramirez (Marchwiński 84’) – Ishak (Kacharava 86’)

Rezerwowi: Malenica – Muhar, Marchwiński, Dejewski, Kacharava, Skóraś, Awwad

Sędzia: Szymon Marciniak

 

fot. Mateusz Kostrzewa / Legia.com

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Felietony