Connect with us

Legia Warszawa

Szczęście w nieszczęściu (relacja ze stadionu)

Stało się to, co miało się stać. Jednak zwycięstwo z Florą zostało okraszone wyeliminowaniem Kapustki. Szczęście w nieszczęściu można by rzec. Jednak dzisiaj drużyna Czesława Michniewicza wygrała z teoretycznie słabszą Florą Tallinn. Teoretycznie, bo na boisku nie było widać, aż takiej przepaści pomiędzy obiema drużynami. Jednobramkowa zaliczka nie daje gwarancji łatwego meczu w Estonii.

Rehabilitacja za Raków

Pomimo tego, iż Superpuchar Polski nie jest zbytnio prestiżowym pucharem, to i tak kibice Legii byli zawiedzeni, że nie udało im się przełamać klątwy. Klątwa zwycięstwa w tym meczu ciąży od 2008 roku na warszawskim zespole. Mimo że o wyniku zdecydowały rzuty karne, to śmiało można powiedzieć, że gra Legii ożywiła się dopiero po czterech zmianach, jakie wprowadził Michniewicz w drugiej połowie. Rezerwowi zawodnicy średnio dali sobie radę  z przełamaniem złej passy.

Czesław Michniewicz tym razem poszedł na całość. Postawił na najlepszych, których miał do dyspozycji. Dwóch napastników sugerowało, iż awans chce załatwić w jednym spotkaniu i do Tallinna polecieć ze spokojną zaliczką. Do końca nie wiadomo było, czy od pierwszych minut wystąpi Mahir Emreli. Reprezentant Azerbejdżanu przed meczem zmagał się z lekkim przeziębieniem. Jak wiadomo, Mahir to bardzo twardy zawodnik. W meczu z Florą Kapustka i Mladenović musieli uważać, aby nie złapać żółtej kartki. Ewentualny żółty kartonik skutkowałby pauzą w meczu w Tallinnie.

Świetny początek i pech Kapustki

Zaczęło się świetnie. Kapustka po doskonałym, indywidualnym rajdzie przez całe boisko wyprowadził Legię na prowadzenie. Później stało się coś, czego nikt by się nie spodziewał… Cieszynka Bartka spowodowała, iż musiał przedwcześnie opuścić murawę. Domyślam się, że Czesław Michniewicz nie szczędził ostrych słów w szatni w jego kierunku. Zwłaszcza, że na trybunach obecny był Paulo Sousa, który od nieudanego EURO 2020, pierwszy raz pokazał się na polskiej ziemi. Podejrzewam, że to właśnie dla pomocnika Legii Portugalczyk zasiadł na trybunach.

Po stracie bramki i Kapustki nie wyglądało już to tak dobrze. Nikt chyba nie spodziewał się, że Flora będzie grać, jak równy z równym. Owszem było widać, że indywidualnie Legia wygląda o niebo lepiej. Jednak brakowało spójności w tym wszystkim. Za dużo elektryki w obronie, słaba komunikacja i do tego niefunkcjonujący duet napastników Emreli-Pekhart. Dobrze radziła sobie lewa strona z Mladenoviciem i Luquinhasem. Czasem jednak Serb zbyt łatwo dawał się ogrywać w obronie przez skrzydłowego Flory. Brazylijczyk raz po raz starał się szukać niekonwencjonalnych rozwiązań. Szkoda, bo Legia powinna iść za ciosem, a tak widzieliśmy, jak oddaje pole gry Estończykom. Flora skorzystała z okazji, nie postawiła autokaru w polu karnym, tylko otwarcie wyprowadzała piłkę od własnej bramki. Czasem jednak w szeregach gości brakowało piłkarskiej jakości. Widać było, że Kapustka był jednym z głównych zawodników w układance przedmeczowej Czesława Michniewicza. Po jego stracie trener musiał nieco improwizować.

Gorszy dzień w biurze

Oczekiwania co do drugiej połowy meczu były ogromne. Wszyscy na stadionie domagali się, aby Legia wypracowała sobie tak dużą przewagę, żeby do Tallinna udać się na przysłowiową wycieczkę. Jednak już 5 minut po rozpoczęciu cały stadion przyjął kubek zimnej wody. Sprawcą całego zamieszania był Henrik Ojamaa. Tak, dokładnie ten sam, który występował w Legii. Tak, tak ten sam, który później reprezentował barwy Widzewa Łódź. W bardzo łatwy sposób przechytrzył zarówno Artura Jędrzejczyka, jak i Josipa Juranovicia. Gdyby ktoś przed spotkaniem powiedział mi, że Ojamaa będzie robić co chce z Juranoviciem, to zaśmiałbym się mu prosto w twarz. No, ale właśnie… Prawa strona defensywy kompletnie się nie popisała. Jędrzejczyk był zbyt pasywny i nie zaasekurował później prawego wahadłowego Legii,  a Chorwat niestety poszedł “na raz”. Jeśli Juranović chce grać na zachodzie w najlepszych ligach świata, musi wystrzegać się takich prostych błędów.

***

Flora po zdobytej bramce wcale nie chciała się cofać i bronić remisu. Nadal prowadzili otwartą grę. Po straconej bramce trener Michniewicz wiedział, że trzeba jak najszybciej wyjść na prowadzenie. Od razu zaczął działać. Zdjął słabo grającego Hołownię i niezachwycającego Emrelego na rzecz Lopesa i Josue. Dla drugiego z nich był to debiut na Łazienkowskiej w barwach Legii Warszawa. Z minuty na minutę Estończycy odczuwali trudy tego spotkania, a dodatkowo atmosfera na trybunach gęstniała. Legia ponownie przeszła na grę dwoma napastnikami i z Josue na pozycji numer 10. Widać było, iż Josue to zawodnik mało biegający, a swoją grę opiera na technice i dokładnym podaniu.  Luquinhas był drugą “dziesiątką”, lecz operował nieco bardziej na lewym skrzydle.

– Byliśmy dobrze przygotowani mentalnie do spotkania. Znaliśmy ciężar gatunkowy. Ktoś pytał na ostatniej konferencji, kto jest faworytem. Nie chciałem dyskutować, zawsze to dziennikarze najczęściej o tym dyskutują. My wiemy, że i oni, i my mamy ambicje, aby grać dalej w pucharach. Na pewno presja jest troszeczkę inna niż z Bodo/Glimt. Tam wszyscy skazywali nas na pożarcie. – mówił po meczu trener Mistrzów Polski.

Przez pewien czas Legia waliła głową w mur, a przyczyną było zbyt wąskie rozgrywanie akcji ofensywnych. Piłkarzom Flory było to na rękę, ponieważ zdecydowanie zagęścili środek pola i próbowali swoich szans z kontrataków. Po jednym z nich było nawet bardzo blisko zdobycia zwycięskiej bramki. Jednak świetnym powrotem wykazał się Andre Martins. Pamiętajmy, że Vassiljev już swoje lata ma na karku i nie jest demonem prędkości, lecz jak najbardziej zachowanie portugalskiego pomocnika na duży plus.

Joker Lopes

Niesamowite jest to, że istnieją piłkarze, którzy są stworzeni do strzelania ważnych bramek lub “gaszenia pożaru”. Ciężko jest sobie wyobrazić, co w głowie musi mieć taki zawodnik, który wchodząc na boisko musi uratować punkty. Takim piłkarzem jest Rafael Lopes. Pomimo tego, iż w ostatnim czasie nie wyglądał jakoś rewelacyjnie. W klubie ma dwóch trudnych rywali na swoją pozycję. Jednak, jeśli ma coś do zrobienia, to wykonuje swoją robotę znakomicie. Tak było i tym razem, bo Lopes uratował Legię przed kompromitacją. Świetnie odnalazł się w polu karnym (bardziej to piłka jego znalazła) i huknął jak z armaty w bramkę, strzeżoną przez Igonena. Estoński bramkarz nie zareagował, a w doliczonym czasie stadion wybuchł z radości. Była to trzecia bramka w trzech ostatnich meczach strzelona tuż przed zakończeniem – Pekhart z FK Bodo/Glimt, Emreli z Rakowem oraz Lopes z Florą.

Wynik lepszy niż gra

Trzeba to sobie jasno powiedzieć, że w meczu FK Bodo/Glimt i z Florą Tallinn mogliśmy ujrzeć dwa różne zespoły. Wiadomo, że w eliminacjach do europejskich pucharów nie oczekuje się pięknej gry. Za piękną grę nie dostaje się awansu do fazy grupowej. Liczą się wyniki. Dziś wynik jest korzystny, ale nie ma co się oszukiwać, że każdy liczył na przynajmniej dwubramkową zaliczkę w Warszawie. Tak się jednak nie stało.

Problemy zaczęły się już od samego początku. Wypadnięcie Bartosza Kapustki było dość bolesne taktycznie. Czesław Michniewicz założył sobie, że to on będzie główną postacią. Na szybko trzeba było reorganizować cały zespół. Pomimo tego, iż zastąpił go Bartosz Slisz, jest to zupełnie inny profil zawodnika niż były gracz Leicester City. Ponadto defensywny pomocnik Legii ostatnio nie prezentuje zbyt wysokiej formy, stąd w meczu z Florą znalazł się na ławce rezerwowych. Dodatkowo na konferencji pomeczowej usłyszałem, że pan trener nie ma dobrych wieści, a w jego głosie nie było ani grama optymizmu:

Rozmawiałem z Bartkiem, a w przerwie meczu z lekarzem. Nie używaliśmy jeszcze żadnej aparatury, ale nie wygląda to dobrze. Liczymy się z tym, że Bartka przez jakiś czas zabraknie. Szczegółowe badania odbędą się w czwartek. Po pierwszej diagnozie lekarza jesteśmy przygotowani na to, że może być to poważna kontuzja. – powiedział na konferencji pomeczowej Czesław Michniewicz.

W czwartek wyrok. Jednak czy da szansę Legii powalczyć o wymarzone europejskie puchary z rozpędzonym Kapustką?

***

Nie ma co ukrywać, że dla niektórych zawodników był to po prostu słabszy dzień w biurze. W szczególności chodzi mi tu o Mateusza Hołownię, który ostatnio zbierał pozytywne recenzje. W meczu z Florą był za bardzo elektryczny, nie widać było komunikacji pomiędzy pozostałą dwójką. Oby to był jednorazowy wybryk. Podobnie sytuacja wyglądała z Emrelim. Dotychczas zdążył nas przyzwyczaić do dobrych lub bardzo dobrych występów. Jednak w środowy wieczór był cieniem samego siebie. Napastnik Legii owszem szukał miejsca między liniami, ale kompletnie nie układała mu się współpraca z Pekhartem. Uważam, że Legia w kolejnych meczach powinna korzystać z usług jednego napastnika. Brakowało w kilku akcjach ofensywnych pomocnika, który dograłby ostateczną piłkę do snajpera.

 -Myślę, że potrzebują oni wspólnie czasu, mówię o Emrelim i Pekharcie, aby się dotrzeć i wiedzieć, jak sobie pomagać. W pierwszej połowie mieliśmy duży problem, bo grali daleko od siebie. Nie wymieniali podań między sobą, bo jeden grał po jednej stronie, a drugi – po drugiej. Jak grał Pekhart z Lopesem – oni we dwójkę grali w ustawieniu 3-5-2: w poprzednim sezonie ze Śląskiem, Piastem, w sparingach. Wiedzą, jak funkcjonuje się w tym systemie. Emreli musi się tego troszeczkę nauczyć. Musimy robić to tylko w trakcie meczu, bo w treningu jest za mało czasu. – powiedział na konferencji po meczu z Florą Czesław Michniewicz.

***

Ciężko w takim meczu wyróżnić kogoś na plus, jeśli prawdopodobny plus meczu łapie kontuzję i schodzi z boiska po kilku minutach. Na uznanie zasługuje Artur Boruc. Flora stworzyła sobie kilka sytuacji, ale za każdym razem bardzo pewnie bronił Boruc. Tylko na jeden moment stracił koncentrację, gdy łapał górną piłkę, a ta wyślizgnęła mu się z rąk. Zresztą po meczu, w nocy legenda Legii podzieliła się swoją opinią na temat wieczornego spotkania.

Drugim zawodnikiem, zasługującym w mojej opinii na uznanie jest Luquinhas. Brazylijczyk kolejny raz potwierdził, że posiada “magiczny dotyk”. Tą umiejętnością nie tylko potrafi wywieść w pole rywali, ale również doskonale przyspieszać akcje swojej drużyny w odpowiednim momencie. Bardzo podobało mi się jego ustawienie, tuż za napastnikami. Starał się wcielić w rolę Kapustki i brał ciężar gry na siebie. Do idealnego występu brakowało tylko i wyłącznie bramki. Mały plus można również zostawić przy Mladenoviciu, który odważnie włączał się w akcje ofensywne po lewej stronie. Kilka razy wymienił fajne zagrania właśnie z piłkarzem z Ameryki Południowej. Jednak znów szwankowała nieco gra defensywna.

 

***

Nie było to dobre spotkanie w wykonaniu Mistrza Polski. Brak pójścia za ciosem po strzeleniu pierwszej bramki to główna przyczyna dalszych rozstrzygnięć meczowych. Gdyby Legia nie oddała pola gry Estończykom, tylko starała strzelić kolejną bramkę, myślę że gościom szybko odechciałoby się grać w piłkę. Do poprawy zdecydowanie ustawienie zespołu z dwoma napastnikami oraz organizacja gry w defensywie. Podobać się mogły stałe fragmenty, gdzie kilka razy Legioniści dochodzili do sytuacji bramkowych. Co czeka nas w Tallinnie? Na pewno niełatwe spotkanie. Estończycy zrobią wszystko, co w ich mocy, aby awansować dalej. Zwłaszcza, że w Estonii mocno wierzą, że to właśnie Flora zdoła awansować do fazy grupowej europejskich pucharów. Legia nie może się cofnąć i bronić wyniku. Sądzę, że szybko strzelona bramka znów nieco ustawiłaby spotkanie. Jednak trzeba pamiętać, że nie można po jednym golu osiadać na laurach.  Wszyscy chyba pamiętają, że miasto Tallinn nie jest przyjazne dla polskich klubów w europejskich pucharach…

fot. Mateusz Kostrzewa / Legia.com

1 Comment

1 Comment

  1. Pingback: Polskie zespoły nadal niepokonane w pucharach! | WATCH EKSTRAKLASA

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Legia Warszawa