Connect with us

Felietony

Piękny warszawski sen (komentarz ze stadionu)

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po zwycięstwie w Moskwie chyba każdy kibic Legii Warszawa ostrzył sobie zęby na pojedynek z Leicester City. Zwłaszcza, że zespół Brendana Rodgersa spisywał się dużo poniżej oczekiwań. Mistrz Polski wstrzelił się idealnie. Czwartkowy wieczór wszyscy kibice, będący na stadionie, zapamiętają na całe życie. Niecodziennie ogrywa się byłego Mistrza Anglii. W dodatku to Legia Warszawa aktualnie pozostaje liderem grupy C. Istny Football Manager w prawdziwym życiu. Kto zrobił największe wrażenie, jak wyglądała gra Legii z perspektywy trybun? Zapraszam serdecznie.

Mistrz vs Uczeń (też mistrz)

W czwartkowy wieczór spotkało się dwóch trenerów, którzy są uznawani za wybitnych w swoich krajach. Rodgers dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Szkocji z Celtikiem Glasgow. Jednak najbardziej jest znany z tego, że zrewolucjonizował system gry w Anglii. To on jako jeden z pierwszych starał się utrzymywać przy piłce. To dzięki jej posiadaniu, chciał cierpliwie  stwarzać sytuacje i w efekcie wygrywać mecze. Czesław Michniewicz wprost opowiadał w wywiadach, że to właśnie Rodgers jest jego inspiracją. Na konferencji prasowej bardzo pochlebnie wypowiadał się na temat trenera pochodzącego z Irlandii Północnej:

– Rozmawialiśmy z Brendanem Rodgersem po meczu. Trener Leicester otrzymał od nas prezent i myślę, że dobrze nas zapamięta. Brendan Rodgers okazał się fantastycznym człowiekiem, pełnym klasy. Jest to człowiek wielkiej kultury i klasy. Myślę, że to jest też duża lekcja dla nas – trenerów, jak przegrywać z godnością. Nie każdy mecz da się wygrać, ale zawsze trzeba zachowywać godność. Patrząc na zachowania Anglików, duża klasa naszych rywali i wyznaczenie kierunku, w którym powinniśmy podążać. – wspomniał trener Mistrzów Polski na konferencji pomeczowej.

Mówił również, że po meczu zaprosił jego oraz Kamila Potrykusa na obiecany staż trenerski w Leicester City. Brendan Rodgers tego wieczoru musiał uznać wyższość Czesława Michniewicza. Trener Mistrzów Polski zrobił to, co potrafi najlepiej. Świetnie było widać dobrą organizację gry całego zespołu. Drużyna gości w pierwszej połowie praktycznie nie stworzyła sobie żadnej dogodnie wypracowanej akcji. Jedyną realną szansę na zdobycie bramki miał Ayoze Perez. Jednak Hiszpan nieczysto uderzył futbolówkę, a ta minęła bramkę Cezarego Miszty. W drugiej połowie owszem przycisnęli na początku. Jednak znów brakowało konkretów. Najlepszą okazję mieli po rozegraniu rzutu rożnego, gdzie piłka zatańczyła na linii bramkowej. Ostatecznie nie doszło na szczęście do straty bramki.

***

Ekipa Michniewicza miała bardzo jasny plan. Nie dopuszczać do pozycji strzeleckich graczy z Anglii. Oczywiście trenerowi chodziło o czyste pozycje do oddania strzału. Dlatego skutecznie zagęszczali środek pola przed bramką Miszty tak, aby odcinać drogi podań do Patsona Daki oraz byli na tyle ściśnięci, że nie było szans na strzały z daleka. Wystarczyło również odciąć od rozgrywania piłki w ataku Yuriego Tielemansa i ofensywa Leicester nie wiedziała, co ma zrobić z piłką. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że w drugiej połowie wyglądało to zupełnie inaczej. Zgodzę się, ale tylko przez pewien czas. Presja czasu oraz zmiany mocno wpłynęła na grę Leicester. Wejście Maddisona oraz Barnesa bardzo mocno ożywiło grę gości. Mieli oni dzięki nim o wiele więcej rozwiązań. Barnes operował bardziej na lewym skrzydle. Natomiast Maddison był wolnym elektronem, który szukał luk pomiędzy linią pomocy a obrony Legii Warszawa. No, ale jednak nie znalazł ani jednej…

19:16? Idealny czas na bramkę

Od meczu z norweskim FK Bodo byłem pewny, że Mahir Emreli to nie jest zwykły napastnik. Za każdym razem daje nam pokaz umiejętności (nie tylko strzeleckich), jakich polska liga nie widziała. To jego nazwisko zapisało się na kartach historii Legii Waszawa. Jako tego, który zdobył zwycięską bramkę przeciwko Leicester City. Podbrożny z Blackburn, Emreli z Leicester.

 

Gdyby rozłożyć akcję bramkową gospodarzy, to wszystko zaczęło się od zawodnika z Azerbejdżanu. To on pierwszy wyskoczył do pressingu, zaczął zachęcać swoich kolegów, aby podeszli bliżej. Dalej to już świetny wygrany pojedynek w powietrzu przez Nawrockiego (Panie Prezesie tego chłopaka trzeba jak najszybciej wykupić, zanim zachód zrobi to przed Legią) i wspaniała walka wręcz Emrelego z Amartey’em. Byłem mocno zdziwiony, gdy Mahir wygrał pozycję  z niemałym zawodnikiem gości. Zresztą w późniejszej części spotkania potrafił również odwrócić się w stronę bramki i oddać strzał z potężnym Vestergaardem. Smaczku całej otoczce wczorajszego trafienia dodaje fakt, że sam gol padł dokładnie o godzinie 19:16. Przypadek? Nie sądzę…

Zapisz to nazwisko faken!

Wiele mówiło się o tym, że selekcjoner Paulo Sousa nie ogląda polskiej Ekstraklasy. Nie ogląda, ponieważ uważa, że grający tam piłkarze są po prostu zbyt słabi na poziom europejski. Jednak, jak możemy dowiedzieć się z tweeta rzecznika prasowego reprezentacji Polski, selekcjoner nie mógł pojawić się z powodów osobistych. Jego miejsce na stadionie przy ul. Łazienkowskiej 3 zajął jeden z jego asystentów ze sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski.

Dlatego pytam się: co jeszcze musi zrobić Maik Nawrocki, żeby regularnie zacząć grać w kadrze u-21? Nawet, jeśli Maciej Stolarczyk nie widziałby go w swoich planach, to bez żadnych skrupułów powołałbym go na zgrupowanie seniorskiej reprezentacji Polski. Środkowy obrońca Legii ponownie na boisku zachowywał się jak profesor. Zresztą na konferencji pomeczowej Jędrzejczyk potwierdził moje słowa o nim, że przed młodym zawodnikiem Legii naprawdę świetlana kariera.

– Maik cały czas pokazuje, na co go stać. Ja na treningu widzę, jak duże on ma umiejętności. Uwierzcie, że ten zawodnik nie pokazał jeszcze wszystkiego. Nie wiem kiedy, ale ten piłkarz trafi do świetnego, europejskiego klubu. Ja sam wróżę mu wielką karierę – powiedział kapitan Legii Warszawa Artur Jędrzejczyk na konferencji pomeczowej.

Kilka razy koniuszkami buta, niesamowicie ratował Legię przed utratą bramki. No i oczywiście nie muszę mówić, od kogo zaczęła się akcja bramkowa dla mistrzów Polski. Totalny szef defensywy. Świetnie radził sobie z dużo wyższym i silniejszym Daką. Niesamowite jest to, w jak krótkim czasie jego kariera wystrzeliła w górę. Mam nadzieję, że na kolejnym zgrupowaniu pierwszej reprezentacji ujrzymy chociaż jednego legionistę.

***

Dlaczego chociaż jednego legionistę? Mimo tego, że całe show skradł Mahir Emreli, to cichym bohaterem spotkania moim zdaniem został Bartosz Slisz. Świetnie odnajdywał się w roli pomocnika “box-to-box”. Nie bał się rozgrywać na jeden kontakt z Josue i świetnie absorbował uwagę obrońców Leicester, wbiegając w wolne strefy. W ataku był swego rodzaju drugą “dziesiątką”, która tuż po stracie piłki próbuje ją odzyskać. Trzeba przypomnieć, że w środku pola rywalizował nie z byle kim, bo choćby z Tielemansem i Maddisonem. Czy wcześniej wymienieni zawodnicy to nie poziom europejski? Grzegorz Krychowiak ma już swoje lata, więc kto wie… Być może rośnie przyszły następca. Zimą przewiduję transfer na zachód, a przynajmniej negocjacje z wielkimi klubami. Mam nadzieję, że jego nazwisko będzie kojarzone tylko i wyłącznie z dobrą grą, a nie ze słynną “czekotubką”.

Konik szachowy i portugalski charakter

Największe pozytywne zaskoczenie wczorajszego dnia? Zdecydowanie Mattias Johansson. Nie spodziewałem się, że Szwed potrafi z taką pewnością włączać się do akcji ofensywnych. Luke Thomas miał ogromne problemy zwłaszcza na początku spotkania, kiedy Szwed miał kilka zapędów pod bramkę Schmeichela. Zresztą potwierdziło się, że kondycją obrony Leicester nie jest najlepiej. Jednak nowy nabytek Legii nie dokończył spotkania. Boisko opuścił z powodu kontuzji. Jak wspomniał sam Michniewicz po meczu, na ten moment nie ma żadnej informacji na temat potencjalnej przerwy prawego wahadłowego.

– Dzisiaj nie wiemy nic o zdrowiu Mattiasa. Zgłosił uraz w okolicy mięśnia dwugłowego uda. To się zdarza przy sprintach, ale nie wiem, czy to naderwanie czy naciągnięcie. Śmieję się, że Mattias ma wytatuowaną nogę i w nią mu się nic nie dzieje. Chciałem nawet na drugiej nodze napisać coś długopisem. To świetny piłkarz i potrzebujemy go regularnie, bo potrafi grać i ma potencjał. Zdrowie mu jednak nie pozwala na regularne występy – wspominał po meczu Michniewicz.

***

Ustawienie środkowych pomocników w rombie okazało się skuteczne, jeśli chodzi o panowanie w środkowej strefie. Można było zauważyć, że wszystkie akcje ofensywne przechodziły przez Josue. Portugalczyk to taki zawodnik, którego raz można kochać, a raz nienawidzić za jego zachowanie boiskowe. Chociażby za odpuszczenie piłki wychodzącej na aut w pierwszej części spotkania, gdzie Leicester realnie mogło stworzyć sobie sytuację do objęcia prowadzenia. Czasami zbyt żywiołowo reagował w stosunku do Mahira Emrelego. Czy to w stosunku braku pomocy przy pójściu do pressingu, czy to do wyjścia na czystą pozycję.

Jednak wczoraj działał jak metronom. Wiedział, kiedy przyspieszyć akcję Legii, a kiedy przenieść ciężar gry w inny sektor boiska. Żal mam jedynie za zachowanie w końcówce, kiedy to Leicester zepchnęło Legię do defensywy. Były dwie sytuacje, gdzie Josue przejął piłkę w środku pola i mógł zagrywać na wolne pole do Kastratiego. Jednak później Kastrati zmarnował dwie świetne sytuacje. Jedna z nich powinna skończyć się golem.

Złoty środek

Pierwsze miejsce w grupie C. Sześć punktów po dwóch meczach. Zero straconych bramek. Żyć nie umierać, hulanki swawole. Jednak przed zawodnikami Legii ważny okres pod względem mentalnym. Nie jest łatwo zmotywować się do gry w PKO Ekstraklasie, po tak żywiołowym meczu jak ten z Leicester. Kalendarz nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza, że limit błędów został już praktycznie wyczerpany. I nie można zasłaniać się faktem, że “pogoń za rywalami zaczniemy dopiero na wiosnę”. Legia w tym momencie ma bardzo duże szanse na grę w Europie wiosną. Co wtedy? Wtedy znów zacznie się gra co trzy dni i nie będzie miejsca na potknięcia. Zwłaszcza, że Legia pokazała wczorajszym meczem, że śmiało może rywalizować z mocniejszymi drużynami, będącymi dłużej niż ona w rozgrywkach europejskich. Każdy chce oglądać Legię taką, jak ta w pierwszej połowie. Zespół, który cechuje się świetną organizacją gry oraz duszeniem w zarodku ataków przeciwnika.

 

Czesław Michniewicz musi odnaleźć złoty środek. Chodzi przede wszystkim o dobór zawodników na najbliższe spotkania. Nie może wstawić drugiego garnituru na potyczkę z Lechią Gdańsk, pomimo tego, że czwartkowy mecz kosztował zawodników wiele sił. Trzeba również sprawić, że zagraniczni zawodnicy skoncentrują i zmotywują tak samo na lidze, jak i na europejskich pucharach. Trzeba pamiętać, że droga do przeżywania tak pięknych chwil jak ta wczorajsza prowadzi właśnie przez rozgrywki ligowe (lub zwycięstwo w Pucharze Polski). Chyba nie ma wątpliwości, że dotychczasowa przygoda przypomina sen na jawie. I niech ten piękny warszawski sen w Europie trwa jak najdłużej.

fot. Mateusz Kostrzewa / Legia.com

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

More in Felietony