Obserwuj nas

Lech Poznań

Tragikomedia w Poznaniu

Warto zapamiętać datę 11.08.2022 r., czyli meczu Lech Poznań z Vikingurem Rejkiavik. Dlaczego? Możliwe, że przejdzie do historii jako najbardziej komiczny mecz-mem polskiej piłki. Większość kibiców, oglądających to spotkanie mogła się pośmiać, ale w przypadku fanów Kolejorza był to bardziej śmiech przez łzy. Lech Poznań w ostatnich sekundach meczu z Vikingurem dał sobie strzelić gola i musiał się męczyć w dogrywce, a tam zmarnował nawet rzut karny. Mistrz Polski ostatecznie wygrał 4:1 i awansował do IV rundy eliminacji Ligi Konferencji Europy.

Początek po staremu

Zawodnicy Lecha Poznań wychodzili na mecz ze świadomością, że muszą odrobić stratę z pierwszego spotkania (Lech przegrał 0:1). Pierwsze 30 minut wyglądało jak w większości meczów pod wodzą Johna van den Broma. Zawodnicy nie mieli pomysłu, jak sforsować dobrze zorganizowaną obronę Islandczyków. Rywale w tym fragmencie gry mieli trzy bardzo dobre okazje do zdobycia bramki. Pierwsza sytuacja była po wrzutce z rzutu wolnego. Odbitą piłkę uderzył zawodnik Vikingura, ta odbiła się jeszcze od pleców Murawskiego i poleciała blisko spojenia bramki. Potem Agnarsson urwał się spod opieki Rebocho, wyłożył piłkę do kolegi z zespołu, a ten uderzył obok słupka. Trzecia sytuacja zaczęła się od przegranej przebitki na środku boiska, poszła kontra, ale strzał pewnie obronił Bednarek.

Islandczycy weszli w mecz z wielką swobodą. Zakładali wysoki pressing, mieli swoje sytuacje i łatwo radzili sobie w okolicach pola karnego Lecha. Gospodarze nie mieli pomysłu jak napocząć rywala. Wydawało się, że pierwszy gol nie dość, że wyrówna stan dwumeczu, to da luz piłkarzom Kolejorza i będą mogli oni pokazać pełnię możliwości. Kibice zaczęli się niecierpliwić i w dosyć mocnych słowach motywowali zespół do gry.

Ale Lech w końcu wziął się do roboty. Joel Pereira świetnie dograł do Velde na skrzydło, a ten obsłużył precyzyjnym podaniem Ishaka, który pewnie zdobył bramkę. Rywalizacja w tym dwumeczu zaczynała się od nowa. Parę minut później znowu w roli główniej wystąpiło dwóch pierwszych zawodników. Pereira kolejny raz idealnie wrzucił w pole karne do nadbiegającego zza pleców obrońców Velde, a ten umieścił piłkę w siatce. Nic nie zapowiadało, że druga połowa będzie tak wyglądała.

Kto sobie radził?

Za pierwszą połowę trzeba pochwalić Joela Pereirę, Alana Czerwińskiego i Michała Skórasia. Świetnie ułożoną prawą nogę ma Portugalczyk i możliwe, że obecnie to najlepiej rozgrywający zawodnik w Lechu Poznań. Już w poprzednim sezonie widać było, że jego podania są precyzyjne, mają odpowiednią siłę i timing. Alan znowu zagrał na pozycji środkowego obrońcy i bardzo poświęcał się dla zespołu. Walczył o każdą piłkę i po prostu wyglądał dobrze. Był o wiele szybszy od swojego partnera Milicia i zabezpieczał go w razie potrzeby. Widać, że Czerwiński w nowym sezonie odżył, chociaż nie gra na swojej nominalnej pozycji. Skóraś pracował, aż miło było na to patrzeć. Walczył i angażował się w każdą akcję.

Dziwny mecz zaliczał Kristoffer Velde. Norweg wejście w spotkanie miał bardzo słabe. Gubił się na boisku, potykał się o własne nogi i miał duży problem z przyjęciem piłki. Potem do asysty dorzucił bramkę i głównie dzięki niemu Kolejorz prowadził do przerwy z Vikingurem. Dosyć niespodziewanie, patrząc na początek meczu i nieporadność Lechitów w ofensywie.

Kabaretowa druga połowa

Lech Poznań odrobił straty z Reykjaviku, zapewnił sobie przewagę w dwumeczu i oczekiwano, że teraz zagra płynnie, mądrze i pewnie, nie tracąc przy tym goli, a może dokładając następne ze swojej strony. Nikt się nie spodziewał, że ta druga połowa będzie kabaretem. Kabaretem nieporadności Lechitów. Vikingur był pod presją, a czas upływał. Zrobiły się bardzo duże luki pomiędzy formacjami Islandczyków, a bramkarz gości od ok. 70. minuty zaczął grać bardzo wysoko i wyprawiał nieprawdopodobne rzeczy. Przyjezdni tak się otworzyli, że zostawiali dwóch zawodników na swojej połowie i Lech często wychodził z kontrą czterech na dwóch. Wtedy zaczęła się ofensywna farsa w wykonaniu Kolejorza.

Lech raził taką nieskutecznością, że kibice łapali się za głowę. Kolejorz mógł spokojnie wcześniej zamknąć mecz i wygrać go wyraźną przewagą goli. Ishak miał słupek, chwilę później Amaral miał sytuację sam na sam z bramkarzem, który wyszedł wysoko i odbił piłkę tzw. pajacykiem. Portugalczyk dalej miał swoją szansę, bo znowu dostał bardzo dobrą piłkę na dobieg, ale strzelił nad bramką. Kolejorzowi należał się też rzut karny za faul bramkarza Vikingura na Skórasiu.

Trudno wytłumaczyć, co działo się z Lechitami podczas finalizacji tych sytuacji, ale to było coś niewiarygodnego, że zmarnowanych zostało tyle bardzo dobrych szans. Sędzia dodał 5 minut do regulaminowego czasu gry i Lech do 95. minuty prowadził TYLKO 2:0. Minutę przed końcem czasu strzał Ishaka został obroniony, a dobitka Sousy poleciała obok słupka. I wtedy stało się to…

Kontra Islandczyków i Djuric pewnie pakuje piłkę do bramki. Zapadła cisza na stadionie.

To, co Kolejorz zrobił w końcówce tego meczu jest nie do wytłumaczenia. Kompromitacja w najczystszej postaci. Lechici sami sobie byli winni. Piłkarskie porzekadło mówi “niewykorzystane sytuacje lubią się mścić” i tak też było w tym przypadku.

Czas na dogrywkę

Piłkarze Lecha mogli spokojnie domknąć mecz, podziękować kibicom za doping, pójść się umyć, wypić piwko, pogadać i pojechać spokojnie do domu. Woleli za to kompletnie się ośmieszyć i trzeba było się spiąć ponownie. Widać w nich było załamanie, więc tym bardziej była to próba charakterów dla tych zawodników. Na Islandii problemem było kreowanie sytuacji, a w tym meczu skuteczność.

W dogrywce błysnął Marchwiński. Odkąd wszedł z ławki ciągle irytował, ale tym razem uderzył z dystansu i piłka po rękach bramkarza wpadła do siatki. W 110. minucie Julius Magnusson dostał czerwoną kartkę. Oba zespoły były mocne zmęczone. Zapanował lekki chaos i podwórkowa gra. Nikt nie umiał kontrolować tego meczu.

Kibice mieli nadzieję, że tym razem nie będzie kolejnej „mokrej szmaty”. Najpierw Sousa nie wykorzystał karnego, którego uderzył fatalnie, a potem po świetnej akcji Szymczaka, Portugalczyk dopełnił formalności, strzelił na 4:2 i stadion w Poznaniu odetchnął z ulgą. Kompletny rollercoaster emocji.

Karuzela śmiechu i wrażeń

Dużą dawkę emocji i huśtawkę nastrojów dostali kibice, którzy przyszli tego wieczoru na Bułgarską. Były momenty radości, ale i irytacji. Oberwało się władzom Lecha tzn. Piotrowi Rutkowskiemu i Tomaszowi Rząsie. Potem dostało się piłkarzom. Trzy miesiące temu kibice wraz z zespołem śpiewali wspólnie “Freed from Desire”, a teraz były gwizdy i szydercze wołanie „ole!” po podaniach.

Puentą tego meczu jest to, że Lech ma awans, ale jest na nim bardzo duża rysa. John van den Brom i zespół nie kupili sobie spokoju i przychylności kibiców. Zamiast uspokojenia nastrojów, będzie jeszcze większa nerwowość. Szczególnym momentem było, jak kibice zasiadający na stadionie wstali i oklaskami nagrodzili piłkarzy Vkingura Reyjkavik. Trzeba im oddać, że pokazali się z bardzo fajnej i ciekawej strony. 

Kolejną dużą rysą jest kontuzja Antonio Milicia na początku drugiej połowy. Wydaje się, że Chorwatowi odnowił się uraz, a to oznacza, że van den Brom znowu musi „szyć” środek obrony na mecz ligowy ze Śląskiem Wrocław.

Lech powtarza te same błędy

Władze Lecha popełniają wciąż te same błędy. Nie nauczyli się niczego z poprzednich lat. W Poznaniu mają pieniądze, potencjał kibicowski i wymarzony sukces, a kompletnie nie umieją tego wykorzystać.

1. Transfery i kadra

Pierwszą sprawą są transfery. Nie są one robione na czas, a Lech miał dobrą pozycję negocjacyjną. Przed startem przygotowań przyszedł tylko Artur Rudko, który jest wątpliwej jakości. Sousa i Citaiszwili przyszli kilka dni przed pierwszym meczem, a Filip Dagerstal jeszcze później. Teraz już jest gra tylko w elimininacjach Ligi Konferencji Europy, mecz o Superpuchar nie zostanie powtórzony, a punkty w lidze są stracone. To wszystko jest robione za późno.

Kolejnym błędem Lecha jest kadra do gry na kilku frontach. W Poznaniu głośno zapowiadali, że przeanalizowali poprzednie sezony i teraz nie dość, że lepiej fizycznie przygotują piłkarzy, to nie będą szczędzili pieniędzy na wzmocnienia. Okazuje się, że Lech ma węższą i gorszą jakościowo kadrę niż w tamtym sezonie. Najbardziej widać to na środku obrony, gdzie jest plaga kontuzji i John van den Brom co tydzień musi kombinować, kogo tym razem tam wystawić.

2. Niewykorzystane możliwości

Lech zbudował porządne fundamenty, przyciągnął do siebie kibiców, a potem to wszystko spektakularnie zepsuł. W Poznaniu jeśli coś wychodzi, to zaraz musi się coś sknocić. Pieniądze pozwalają odskoczyć reszcie, a te Kolejorz miał, ale woli ich nie wydawać. W klubie nie dają sobie szansy utrzymania się na szczycie. Trudniej jest się utrzymać przez dłuższy czas, niż się tam wdrapać.

Frekwencja na stadionie w tym sezonie jest tragiczna. Był entuzjazm, „moda na Lecha” i zamiast wyjść do kibiców, zaproponować coś w zamian za doping przez cały poprzedni sezon, to władze klubu zaproponowały, ale podwyżki cen karnetów. Ktoś, kto ustala ceny w klubie, powinien przemyśleć, co robi. Tym bardziej, że gra nie przyciąga i nie porywa tłumów, a doping piłkarzom jest potrzebny.

Kibic @LechPoznan

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Lech Poznań