Obserwuj nas

Legia Warszawa

“Derby Polski”, “Polski Klasyk”, czyli po prostu… Widzew – Legia

Na świecie mamy “El Classico”, słynne “Der Klassiker”, czy chociażby “Superclassico”. W Polsce meczom Widzewa Łódź z Legią Warszawa towarzyszy specjalna atmosfera. Głównie jest to spowodowane dużą niechęcią względem siebie obu ruchów kibicowskich obu zespołów. Zawsze mecze obfitowały w piękne gole, niesamowite emocje na trybunach oraz przepiękne oprawy meczowe. To po prostu “coś więcej niż mecz”. Pomimo braku “przyziemnej” nazwy tego spotkania górą tym razem była Legia Warszawa. Goście po bramkach Johanssona i Kapustki pokonali gospodarzy z al. Piłsudskiego. Była to pierwsza wyjazdowa wygrana Legii od 11 marca tego roku. Czy to była najlepsza połowa Legii? Kto zagrał szefa, a kto udawał, że jest na boisku? Czy Legii jest potrzebny napastnik? 

Najlepsza połowa od niepamiętnych czasów

Wow. Tak większość kibiców mogła zareagować przed odbiornikami w piątkowy wieczór po obejrzeniu pierwszych 45 minut meczu z Widzewem. To była bardzo dobra połowa w wykonaniu Legii Warszawa. Co prawda w pierwszych minutach Widzew Łódź starał się przejąć inicjatywę. Jednak bezskutecznie. Na szczególną uwagę oraz pochwałę zasługują zawodnicy operujący w bocznych sektorach boiska. Makana Baku doskonale uzupełniał się z Filipem Mladenoviciem na lewej stronie boiska. Kiedy jeden z nich zapędzał się do akcji ofensywnych, drugi momentalnie wiedział, że musi asekurować kolegę z zespołu.

Po przeciwległej stronie przez większość czasu mogliśmy zobaczyć nieco statyczną postawę zarówno Johanssona, jak i Wszołka. Głównie skupiali się oni na obronie swojej strefy, w którą za wszelką cenę chciał dostać się Pedro Nunes. Można było się obawiać o Szweda, ponieważ nie prezentuje on solidnej formy, a zdarzają mu się wpadki, które  trudno naprawić. Pomimo tego, że ciężej pracowała lewa strona, to właśnie prawą stroną Legia wypracowała sobie dwie akcje ofensywne, po których piłka zatrzepotała w siatce.

***

Przy pierwszej zdobytej bramce dosłownie wszystko zagrało jak należy. Na początku nie spodziewałem się, że Josue odcięty boczną linią boiska oraz pressingiem zawodników Widzewa zdoła znaleźć miejsce na dogranie do wolnego zawodnika. Kiedy piłkę otrzymał Jędrzejczyk, większość pewnie spodziewała się długiego diagonalnego zagrania na jednego ze skrzydłowych. I tutaj następuje zwrot akcji niczym w najlepszych hollywodzkich filmach. Były kapitan postanowił nie zaprzyjaźniać się z “lagą na Robercika”, a idealnie dograł piłkę, do niekrytego już Josue. Portugalczyk następnie pokazał szczyptę magii, stosując podanie “no look pass” do Pawła Wszołka. Finalnie Ernest Muci wyłożył piłkę Johanssonowi, a popularny “Ikea” niczym rasowy snajper zmieścił piłkę tuż przy lewym słupku golkipera Widzewa.

– Poprzedni sezon to przeszłość, teraz jest nowy początek, nowy trener, nowa energia. Patrzymy tylko w przyszłość. Paradoksalnie myślę, że strzeliłem więcej goli moją lewą nogą niż prawą. Zamknąłem oczy i starałem się po prostu kopnąć w piłkę (śmiech). Szczerze mówiąc, był to perfekcyjny strzał, więc jestem bardzo szczęśliwy. Pierwsza połowa była dobra w naszym wykonaniu, druga była gorsza. Rywal zmienił styl gry. Z większym szczęściem mogliśmy strzelić trzeciego gola i zamknąć ten mecz, ale koniec końców i tak wygraliśmy, i zdobyliśmy komplet punktów. – powiedział po spotkaniu strzelec pierwszej bramki Mattias Johansson.

***

Niecały kwadrans później ponownie goście mogli się cieszyć z podwyższenia prowadzenia. Znów w rolach głównych wystąpili Paweł Wszołek oraz Josue. Skrzydłowy warszawskiej Legii, jak się rozhulał, to na dobre. Poza tym po raz kolejny do protokołu meczowego wpisał się Ernest Muci, który z prawej strony boiska zagrał bardzo ciężką piłkę, w kierunku nadbiegającego Bartosza Kapustki. Pomocnik gości cudem umieścił piłkę w siatce. Naprawdę chylę czoła, ponieważ to nie była łatwa piłka do przecięcia, a dodatkowo były zawodnik Leicester City uderzał swoją teoretycznie słabszą nogą. Wcześniej widzewiacy sygnalizowali zagranie ręką przy przyjęciu Josue. Jednak prowadzący to spotkanie Szymon Marciniak nie postanowił odwołać bramki dla Legii Warszawa.

 

Brak konsekwencji

Kolejny raz u Legii objawia się niekonsekwencja podczas spotkania. Już w meczu z Piastem Gliwice mogliśmy widzieć, że pierwsza połowa spotkania nadawała się prosto do kosza, a w drugiej ówcześni gospodarze przypomnieli sobie, że jednak potrafią grać w piłkę. Tym razem Legia była w roli Piasta Gliwice, ale na szczęście nie skończyło się na dwóch szybkich ciosach. Widzew od początku siadł na gości, którzy byli nieco oszołomieni oraz nieprzygotowani do danej sytuacji. Zwłaszcza, że po pierwszej połowie na koncie gospodarzy widniało okrągłe “0”. Zero nie tylko spowodowane brakiem strzelonych goli, ale również brakiem celnych strzałów w stronę bramki Kacpra Tobiasza.

– Dobrze weszliśmy w ten mecz. Graliśmy piłką, stwarzaliśmy okazje i zdobywaliśmy bramki. Zaprezentowaliśmy dobry poziom. W drugiej połowie Widzew wywarł presję na naszą drużynę. Zabrakło nam spokoju. Nie zagraliśmy tak, jak sobie zakładaliśmy. Nie jest łatwo grać w takich meczach i przy takiej żywiołowej publiczności. Dzisiaj najważniejsze jest zwycięstwo. Gratuluję moim piłkarzom. Ogromny szacunek także dla naszych kibiców, którzy dzisiaj nas wspierali. TYLKO LEGIA! – powiedział na konferencji pomeczowej trener Kosta Runjaić.

Widzew poprzez swoich wahadłowych oraz dośrodkowania w pole karne starał się rozmontować obronę byłych mistrzów Polski. Legia dosyć długo wytrzymała napory gospodarzy i długo zbierała się w sobie, aby znów zacząć grać jak w pierwszej połowie. Niestety taka sytuacja nie miała już miejsca. Co gorsza to gospodarze umieścili piłkę w bramce, za sprawą kapitana Patryka Stępińskiego. Jednak po bardzo długiej analizie VAR, sędzia Marciniak anulował bramkę gospodarzom.

***

Szczerze mówiąc goście mieli mnóstwo szczęścia, że przy tej sytuacji sędziowie słusznie dopatrzyli się spalonego. Widzew był rozpędzony, Widzew poczuł krew Legii Warszawa. Moim zdaniem trudno byłoby się wydostać z sytuacji, gdzie tak naprawdę to goście zostali w szatni i nie chcą z niej wyjść. Co prawda sama gra Legii nie poprawiła się jakoś znacząco i nie nawiązała do “świetności” z pierwszych trzech kwadransów. Jednak Widzew także stracił swoją werwę do kreowania groźnych sytuacji. Dopięli swego dopiero w doliczonym czasie gry za sprawą Patryka Lipskiego, którego miał kryć Lindsay Rose. Stoper Legii Warszawa ma ważną zależność. Jeśli pierwsze interwencje będą pewne i w pełni udane, to Rose przez kolejne 90 minut gra jak z nut. Jednak, jeśli zdarzy mu się głębsza wpadka, to już nie ma najmniejszych szans, aby kapitan reprezentacji Mauritiusu wrócił na dobre tory.

– Podoba mi się styl Widzewa. Jest pewny siebie z piłką przy nodze. Nasz plan na ten mecz był podobny. Chcieliśmy kontrolować grę i długo utrzymywać się przy piłce. Nasi dwaj obrońcy szybko dostali żółte kartki i to był pewien problem. Nie mogliśmy grać tak agresywnie i kompaktowo. – powiedział po meczu Kosta Runjaić.

 

 

Josue – zawód: szef boiska, Rose – zawód: elektryk. Czyli oceny pomeczowe

Jeśli mielibyśmy oceniać tylko 45 minut to zdecydowanie MVP tego spotkania zostałby Ernest Muci. Albańczyk po raz kolejny pokazał (notując dwie asysty), ile znaczy mobilna dziewiątka, nieprzywiązana do pola karnego. Świetnie wychodził do podań, wyciągając środkowych obrońców, a raz za razem znajdował się również w bocznych półprzestrzeniach, dzięki temu chociażby padły dwie bramki. Tomasz Włodarczyk z portalu Meczyki.pl podał informację, jakoby był cień szansy, aby Carlitos wrócił na Łazienkowską 3. Moim zdaniem Hiszpan idealnie odnalazłby się w drużynie. Jest to bardzo techniczny napastnik z dobrym wykończeniem. Forma Ernesta Muciego nie oznacza, że Legia nie potrzebuje napastnika. Błędem byłoby teraz odpuszczanie tematu, jeśli chodzi o tę pozycję. Zwłaszcza, że przy formie Macieja Rosołka nie ma odpowiedniego zmiennika na tę pozycję.

***

Patrząc na całokształt spotkania, to zdecydowanie na nagrodę najlepszego piłkarza meczu zasługuje Josue. To właśnie kapitan gości prowadził ich dumnie po zwycięstwo w tym meczu. Był idealnym łącznikiem każdej akcji ofensywnej. Wiedział doskonale, kiedy akcję należy przyspieszyć akcją na jeden kontakt, kiedy rozciągnąć grę, a kiedy zwolnić. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak Legia wyglądałaby bez tego zawodnika. W końcówce spotkania, widząc na zegarze, że zbliża się koniec meczu potrafił umiejętnie zagrać pod faul, aby urwać kilka sekund. Jednocześnie wykonując swoje obowiązki należycie, bawił się przy tym. Chociażby w momencie, kiedy wykonał “no look pass” do Pawła Wszołka.

Drugim wartym pochwały zawodnikiem jest Makana Baku. Myślałem, że inklinacje defensywne z jego strony to tylko jednorazowe przypadki w meczu z Piastem Gliwice. Jednak w Łodzi można było się przekonać, że Baku nie tylko potrafi dryblować i strzelać, ale także ciężko harować jak wół w defensywie.

Na minus? Zdecydowanie Lindsay Rose. Najsłabszy punkt zespołu Legii w tym meczu. Środkowy obrońca Legii ma ogromny problem z utrzymaniem koncentracji podczas meczu przez pełne 90 minut. Wydaje mi się, że w pewnych momentach jego gry mózg na chwilę wyłącza się, aby z powrotem wejść na prawidłowe obroty. Trudno mi stwierdzić, czy w kolejnym spotkaniu zobaczymy go na środku obrony, czy może Maika Nawrockiego, który już puka do wyjściowej jedenastki po poważnej kontuzji. Dodatkowo Lindsay złapał dziś bezsensowną żółtą kartkę, której na spokojnie mógł uniknąć.

 

Oceny w skali 1-10 (wyjściowa 5)

Tobiasz – 5

Johansson – 7

Jędrzejczyk – 5

Rose – 4

Mladenović – 6

Wszołek – 7

Kharatin – 5

Kapustka – 6

Josue – 8 (MVP)

Baku – 7

Muci – 8

Augustyniak – 7

Rosołek – 4

Pich – grał zbyt krótko

Slisz – grał zbyt krótko

 

1 Comment

1 Comment

  1. Pingback: Kolejorz urządza się na dnie tabeli #MinąłWeekend - 5. kolejka | WATCH EKSTRAKLASA

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Legia Warszawa