Obserwuj nas

Minął weekend

Cracovia i Raków przerywają serię zwycięstw #MinąłWeekend – 4. kolejka

Cracovia i Raków doznały pierwszych porażek, za to Lech zdobywa premierowy punkt. Piast bezradny w Warszawie, a Wisła z kolejną wygraną na koncie – to wszystko wydarzyło się w 4. kolejce Ekstraklasy.

Pierwsza porażka Pasów owiana kontrowersjami

Stal Mielec 2:0 Cracovia

Spotkaniem otwierającym kolejkę było starcie Stali Mielec z Cracovią. Już na samym początku mieliśmy kontrowersję. Maciej Domański został popchnięty przez Myszora. Według mnie powinien w tej sytuacji zostać podyktowany rzut karny, ale sędzia tego spotkania – Jarosław Przybył, miał odmienne zdanie w tej sprawie. Uważam, że Przybył powinien zmienić swoją decyzję po konsultacji z systemem VAR, ale takowej nie było.

Zresztą przy jedynej bramce w pierwszej połowie tego meczu znów mogliśmy ujrzeć złą decyzję Jarosława Przybyła. Gola samobójczego strzelił Kamil Pestka, ale bramka nie powinna zostać uznana, ponieważ Piotr Wlazło był na pozycji spalonej. Początek drugiej połowy również nie był szczęśliwy dla gości. Podczas wykonywania rzutu rożnego Jablonsky pociągnął Matrasa, a i nie dość, że została podyktowana “11”, to jeszcze Pasy musiały grać w dziesięciu, ponieważ była to druga żółta kartka dla Czecha. Domański pewnie strzelił i mieliśmy 2:0 dla Stali.

https://twitter.com/CANALPLUS_SPORT/status/1555608121544003584?s=20&t=5ZUE3y70Vd7FoMfR3MHjWA

Gospodarze do końca meczu atakowali grającą w “10” Cracovię, ale nie udało im się strzelić 3. gola i spotkanie zakończyło się dwubramkowym zwycięstwem mielczan.

Kłopoty Piasta

Legia Warszawa 2:0 Piast Gliwice

Legia Warszawa na własnym stadionie podejmowała Piast Gliwice. Legioniści mieli idealną okazję, żeby zmazać plamę, jaką była zeszłotygodniowa porażka z Cracovią. I im się to udało. Wygrali 2:0, a bramki zdobyli Muci i Mladenović. Więcej o tym meczu tutaj

Kolejna wygrana Scyzoryków

Lechia Gdańsk 0:1 Korona Kielce

Pierwszym sobotnim meczem było starcie Lechii Gdańsk z Koroną Kielce. Pomimo mniejszej zdobyczy punktowej, to Lechia Gdańsk na papierze wydawała się być faworytem tego starcia. Jednak, jak wiemy, nazwiska nie grają i tak było też w tym przypadku.

Początek spotkania był dosyć wyrównany. Z czasem jednak to goście coraz częściej dochodzili do sytuacji podbramkowych. Gol dla Korony nie padł jednak po jakiejś niesamowitej akcji czy bardzo dobrze wykonanym stałym fragmencie gry, tylko, jak to często bywa w naszej lidze, po kuriozalnym zachowaniu obrony rywala. Dośrodkowanie z rzutu wolnego, zamieszanie w polu karnym Lechii, piłka spada pod nogi Frączczaka, którego strzał broni Buchalik. Piłka po interwencji bramkarza odbija się od Nalepy i wpada do bramka.

Gol był sprawdzany jeszcze przez system VAR, ale nie znaleziono żadnego nieprzepisowego zagrania i bramka została uznana. Lechia chciała odrobić wynik. Jednak gdańszczanami rządził chaos zarówno w poczynaniach ofensywnych, jak i defensywnych.

W drugiej połowie znacznie częściej to Korona atakowała bramkę rywala. Brakowało jednak skuteczności. Najlepszą okazję miał w 72. minucie Adam Frączczak, jednak 35-latek zamiast strzelać od razu, zwlekał z uderzeniem i koniec końców strzelił obok bramki. Ofensywę gospodarzy rozruszało wejście Bassekou Diabate. To właśnie na nim mógł w 86. minucie zostać podyktowany rzut karny. Sędzia tego spotkania stwierdził jednak, że bramkarz Korony pierwszy dotknął piłkę i ostatecznie “jedenastki” nie było. Spotkanie ostatecznie zakończyło się jednobramkowym triumfem gości.

Muszę powiedzieć, że postawa Lechii w tym meczu mocno mnie zawiodła. Sądziłem, że drużyna po odpadnięciu z europejskich pucharów będzie głodna zwycięstw. W tym spotkaniu zobaczyliśmy jednak kompletnie co innego.

Czerwone kartki i konsultacje z wozem VAR

Jagiellonia Białystok 1:2 Radomiak Radom

Nie taki początek sezonu wyobrażali sobie w Białymstoku. Przyjście trenera Macieja Stolarczyka miało odmienić oblicze Jagiellonii. Jednak po wygranej ze słabym Piastem przyszły kolejne porażki. Niemal obowiązkiem było zdobycie kompletu punktów na własnym terenie w meczu z Radomiakiem, który nie wygrał jeszcze spotkania w tym sezonie. Dodatkowo był po bolesnej porażce z Górnikiem.

Dość licznie zgromadzeni kibice, jak na standardy białostockie w ostatnich miesiącach, mogli szybko cieszyć się z gola strzelonego przez Marca Guala w 12. minucie. Dla Hiszpana było to pierwsze trafienie w sezonie. Asystę zaliczył 17-letni Oliwier Wojciechowski. Początkowo sędzia liniowy wskazał na spalonego, ale po analizie z wozem VAR, arbiter Jakubik uznał gola.  Białostoczanie nie poszli za ciosem. To przyjezdni byli stroną dominującą, ale Zlatan Alomerović dzielnie bronił dostępu do bramki gospodarzy. Przed przerwą sędzia odgwizdał rzut karny dla Jagiellonii po zagraniu ręką zawodnika Radomiaka. Jednak ponowna weryfikacja VAR-u pokazała, że Fiodor Czernych wcześniej dopuścił się faulu. To był początek nieprzychylnych decyzji dla Dumy Podlasia, gdyż po chwili drugą żółtą kartką ukarany został Mateusz Skrzypczak.

Po przerwie Radomiak kompletnie zdominował gospodarzy. Co zrozumiałe, Jagiellonia w osłabieniu i przy korzystnym wyniku cofnęła się do obrony, licząc na cud. Jednak od 62. minuty wszystko zaczęło się sypać. Najpierw rzut karny z wielkim spokojem wykorzystał Filipe Nascimento. Ponownie sędzia Jakubik musiał konsultować decyzję z wozem VAR. Po 6 minutach Andrzej Trubeha został ukarany bezpośrednio czerwoną kartką. Polak ostro zaatakował piętę rywala. Jagiellonia ofiarnie broniła dostępu do bramki. Liczne wrzutki Radomiaka kończyły się niepowodzeniem. W trakcie 4. minuty doliczonego czasu gry gospodarze skapitulowali. Leandro idealnie dograł piłkę do Mauridesa, który trafił do pustej bramki.

https://twitter.com/CANALPLUS_SPORT/status/1555965571090550786?s=20&t=GTAerZkZQl6gQnKIxw88NA

Jagiellonia nie zaprezentowała niczego, za co można byłoby ją pochwalić. Od początku byli nastawieni defensywnie, a kolejne straty zawodników nie ułatwiały zadania. Radomiak skorzystał na słabości rywala, dzięki czemu odniósł pierwsze zwycięstwo w sezonie.

Zmarnowana „jedenastka”

Śląsk Wrocław 0:0 Widzew Łódź

Po raz pierwszy Janusz Niedźwiedź znalazł miejsce w jednej wyjściowej jedenastce dla Bartłomieja Pawłowskiego oraz Jordiego Sancheza. Dodatkowo od pierwszych minut zagrał Juljan Shehu. Zmiany miały pomóc zwiększyć siłę rażenia w ofensywie, ale wrocławianie nie zamierzali się łatwo poddawać. Ubiegłotygodniowa porażka z Koroną podrażniła ambicje Śląska. Do kadry powrócił Erik Exposito, który miał pomóc w odniesieniu zwycięstwa.

Widzewiacy starali się rozgrywać piłkę, ale wrocławianie wychodzili wysokim pressingiem. Dzięki temu kilka razy udało im się przejąć piłkę i zagrozić bramce Henricha Ravasa. Najbliżej trafienia był Patryk Janasik, który oddał strzał sprzed pola karnego. Ostatecznie futbolówka obiła spojenie bramki Widzewa. Łodzianie mieli w tej sytuacji trochę szczęścia. W 38. minucie los ponownie uśmiechnął się do przyjezdnych. Rzut karny został podyktowany po zagraniu piłki ręką w polu karnym przez Victora Garcię. Do „jedenastki” podszedł Pawłowski, który przed tygodniem także z tego stałego fragmentu gry pokonał bramkarza Lechii. 29-latek nie zmienił rogu, a wykonanie było zdecydowanie gorsze. Michał Szromnik wyczuł piłkarza gości jeszcze przed oddaniem przez niego strzału. Trzeba przyznać, że pierwsza połowa obfitowała w atrakcyjne akcje, a remis był jak najbardziej zasłużony.

https://twitter.com/_Ekstraklasa_/status/1556012382228447232?s=20&t=GTAerZkZQl6gQnKIxw88NA

Kibice zaostrzyli sobie apetyty na jeszcze lepszą drugą część spotkania w wykonaniu obu ekip. Jednak to nie miało miejsca. Zawodnicy spuścili z tonu. Szczególnie Widzew zagrał wyrachowanie, bez zbędnego ryzyka, obawiając się kolejnej straty punktów, mimo lepszej gry. Wrocławianie byli aktywniejsi w polu karnym przeciwnika, ale goście kilka razy oddali strzał w kierunku bramki Szromnika, który popisał się dobrymi interwencjami.

Wynik nie powinien rozzłościć żadnej drużyny. Dobrze zaprezentował się Shehu, który nie bał się wchodzić w pojedyncze dryblingi. Podobnie Yeboah, który pojawił się w szeregach Śląska w drugiej połowie. Za tydzień Widzewiaków czeka mecz z Legią, a Śląsk zagra z Lechem.

Portowcy ponownie przepychają mecz na swoją korzyść

Warta Poznań 1:2 Pogoń Szczecin

Pogoń mimo nienajlepszej gry, regularnie punktuje. Podopieczni Jensa Gustafssona mają szczególne problemy w defensywie, co dobitnie pokazały mecze z Broendby. Natomiast w ostatniej kolejce udało im się pokonać Jagiellonię, ale mieli przy tym wiele szczęścia. Szwed dokonał czterech zmian w zespole. Warta nie była faworytem spotkania, ale atmosfera w zespole z pewnością się poprawiła. Przed tygodniem odnieśli pierwsze cenne zwycięstwo w sezonie przeciwko Miedzi.

Warta próbowała górnych podań na prawą stronę, gdzie był Adam Zrelak i Jan Grzesik. Zdołali oni oddać niecelne strzały w kierunku bramki Dantego Stipicy. Pogoń powoli wchodziła w spotkanie. Jednak od 22. minuty wykorzystała błędy gospodarzy. Najpierw źle wypiąstkował Adrian Lis. Piłka trafiła wprost pod nogi Sebastiana Kowalczyka, który dograł futbolówkę w pole karne, a tam Kamil Grosicki wbiegł w tempo i dał prowadzenie gościom. Po niespełna trzech minutach Portowcy prowadzili już 2:0. Robert Ivanov fatalnie przeciął podanie, wpakowując piłkę do własnej siatki. Do przerwy Warta kreowała, ale nie strzelała.

Tuż po przerwie do bramki gości trafił Adam Zrelak po asyście Macieja Żurawskiego. Słowak nie ma problemu z zamienianiem dogodnych sytuacji bramkowych na gole. Warta poczuła, że może powalczyć o punkty. To oni starali się kontrolować przebieg meczu. Stwarzali sytuacje bramkowe, oddawali strzały, z czym przyjezdni mieli problem. Zdecydowanie Pogoń chciała przeczekać, licząc na bramkę z kontry.

Gospodarzom bardzo zależało na wyrównaniu. Już od 87. minuty w polu karnym rywali przy rzutach rożnych pojawiał się bramkarz Adrian Lis. Zaliczył aż trzy takie wypady. Ostatecznie wynik nie uległ już zmianie.

Pogoń wykorzystała niefrasobliwość w obronie Warty, a następnie starała się pilnować wyniku. Nie był to zachwycający mecz w ich wykonaniu. Wciąż brakuje im wiele do pełnej formy. Ale na początek liczą się punkty, a to w ligowej tabeli zgadza się jak najbardziej. Warta mimo starań nie zdołała wywalczyć choćby punktu. Obrona to element, który wciąż szwankuje w grze gospodarzy.

W Lubinie na remis

Zagłębie Lubin 1:1 Lech Poznań

Kolejorz  po trzech kolejkach miał na koncie 0 punktów i szorował po dnie tabeli. Poznaniacy musieli zmazać plamę, jaką była  klęska z islandzkim Vikingurem. Po części im się to udało, ponieważ nie przegrali, ale remis to na pewno nie jest zadowalający wynik. Więcej o tym meczu tutaj

Raków zatrzymany

Górnik Zabrze 1:0 Raków Częstochowa

Nowak – to nazwisko, które najbardziej elektryzowało kibiców przed tym spotkaniem. 28-letni pomocnik w minionym tygodniu przeszedł właśnie z Górnika do Rakowa. W ostatnim meczu w barwach zabrzańskiego klubu strzelił gola. W niedzielnym spotkaniu już przeciwko byłemu zespołowi nie zagrał. Raków wciąż jest bez porażki i z myślą podtrzymania serii częstochowianie pojechali do Zabrza.

Trener Marek Papszun przeprowadził aż 7 zmian w wyjściowym składzie w porównaniu z czwartkowym meczem w europejskich pucharach. Górnicy starali się to wykorzystać. Przez dłuższą część spotkania był to typowy mecz walki. Piłkarze naprzemiennie gościli pod swoimi polami karnymi, ale bez żadnych większych okazji na strzelenie gola. W 36. minucie w środkowym sektorze boiska Bogdan Racovitan stracił piłkę. Futbolówkę przejął Szymon Włodarczyk, który wykonał rajd przez ponad połowę stadionu, ale ostatecznie to Kacper Trelowski wyszedł zwycięsko z tego starcia. Kiedy wydawało się, że na przerwę drużyny zejdą przy wyniku remisowym, to młodzieżowiec Aleksander Paluszek popisał się dobrym uderzeniem głową po długim słupku. Gol po stałym fragmencie gry został uznany, choć jak pokazały powtórki, rzutu rożnego nie powinno być dla gospodarzy.

https://twitter.com/CANALPLUS_SPORT/status/1556355252168835075?s=20&t=GTAerZkZQl6gQnKIxw88NA

Raków nie przypominał ekipy pewnej siebie, dobrze wykorzystującej swoje atuty, dlatego tuż po zmianie stron na boisku zameldowali się: Ivi Lopez, Vladislavs Gutkovskis i Mateusz Wdowiak. Gra częstochowian zdecydowanie się ożywiła. Łotewski napastnik stanął przed szansą wyrównania rezultatu, ale zbyt pewny siebie Gutkovskis chciał przelobować Kevina Brolla, co się nie udało. Lopez próbował strzałów z dystansu, ale wszystkie sytuacje nie przyniosły gola. Górnik grał w sposób wyrachowany. Zabrzanie cofnęli się do defensywy i czekali na błędy częstochowian.

Ostatecznie Raków przegrał pierwszy mecz w sezonie. Spotkanie w Zabrzu pokazało, że częstochowianie bez podstawowych  zawodników w składzie, nie radzą sobie aż tak dobrze, jak można byłoby przypuszczać. Wejście m.in. Lopeza, Wdowiaka ożywiło poczynania gości w ofensywie. Jednak obrona Górnika sprostała trudnemu wyzwaniu i mogą cieszyć się z kolejnego kompletu punktów. Dodatkowo kontuzji barku doznał Ben Lederman. Pierwsze diagnozy mówią o dłuższej pauzie.

Wisła płynie od wygranej do wygranej

Wisła Płock 4:1 Miedź Legnica

Nafciarze z kolejki na kolejkę zachwycają swoją postawą na ligowych boiskach. W meczu u siebie z beniaminkiem z Legnicy płocczanie walczyli o czwartą wygraną z rzędu i zachowanie miana jedynej drużyny, która jeszcze nie straciła ani jednego punktu. Zatem przed Miedzią stało trudne zadanie. Mistrz 1. ligi z ubiegłego sezonu nie zachwyca.

Jednak przebieg meczu pozwolił nieco zmienić nastawienie do legniczan. Już w pierwszych 5 minutach Miedź miała dwie okazje do objęcia prowadzenia. Na duży plus można zaliczyć występ Olafa Kobackiego, którego strzał obronił Gradecki. Jednak postawa 21-latka w całym spotkaniu, to jak dostrzegał kolegów z drużyny, ale też sam decydował się na kończenie akcji, zasługuje na pochwałę. Mimo to, to Nafciarze wyszli pierwsi na prowadzenie po golu Kristiana Vallo, przy asyście Rafała Wolskiego. Po 10 minutach Bartłomiej Gradecki skapitulował po strzale Chuci. Golkiper Wisły już wcześniej ratował gospodarzy przed stratą gola, ale tym razem się nie udało. Niespełna chwilę później Davo zdobył czwartą bramkę w sezonie. Hiszpan w odpowiednim momencie wybiegł zza pleców obrońcy Miedzi i wykorzystał dobre podanie od  Vallo.

Nafciarze prowadzili do przerwy, ale Miedź miała swoje okazje, dlatego goście po zmianie stron nie zamierzali odpuszczać. Co prawda Steve Kapuadi mógł zamknąć mecz, ale zamiast uderzać z 5. metra, najpierw przyjął piłkę, a bramkarz Paweł Lenarcik zdążył z interwencją. Najpoważniejsze zagrożenie przyjezdni stworzyli po stałym fragmencie gry, ale Piotr Tomasik wybił piłkę z linii bramkowej. Niewykorzystane okazje legniczan zemściły się w doliczonym czasie gry. Najpierw zmiennik Mateusz Lewandowski podwyższył prowadzenie, a trzy minuty później Marko Kolar strzałem z dystansu ustalił wynik spotkania.

https://twitter.com/CANALPLUS_SPORT/status/1556723295105568769?s=20&t=2oqG39MhReNuuhZA0lmCVQ

Beniaminek miał szanse w drugiej połowie złapać byka za rogi, ale nie zrobił tego. Za to będąca na fali Wisła płynie od wygranej do wygranej i na ten moment nie zamierza zwalniać. Dotychczas płocczanie strzelali w każdym ligowym spotkaniu minimum 3 gole.

Terminarz 5. kolejki:

Autorzy:

Mateusz Adamczyk

Adam Kowalewicz

Skomentuj

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Advertisement

Musisz zobaczyć

Zobacz więcej Minął weekend